niedziela, 14 kwietnia 2019

Oddajcie nauczycielom wolność!

Ciągle ostatnio krzyczymy o potrzebie zmian w edukacji. Jest to może jedyna rzecz, w której zgadzają się wszystkie opcje polityczne. Wszystkie też swoje zmiany wprowadzają. Od efemerycznych mundurków Giertycha (pamiętacie jeszcze, że ten Pan kiedyś współrządził i był ministrem edukacji?), przez wrzucenie 6 latków do szkół aż po likwidację gimnazjów, które właściwie nie wiadomo po co lata temu utworzono i zupełnie nie wiadomo po co zlikwidowano. Jedno i drugie zrobiono na wariata, zupełnie nie licząc się z kosztami, zwłaszcza ludzkimi. Zmiany, ciągle zmiany, szkoda tylko, że żadna z nich do niczego nie prowadzi, bo to nic więcej, niż polewanie kolejnymi warstwami lukru czegoś, co już od dawna nie nadaje się do konsumpcji. Z jakiegoś powodu rządzący opierają się, że ma być „nowocześnie”, albo „tak, jak kiedyś”, bo przecież było lepiej. Tymczasem rosną nam nowe pokolenia, żyjące w świecie jakościowo innym. Nawet ich mózgi są inaczej ukształtowane. Możemy się zastanawiać, czy to dobrze, czy źle, czy są od nas mądrzejsi, czy głupsi, ale musimy, czy nam się to podoba, czy nie przyznać, że są po prostu inni. I świat też jest inny. I potrzeba innej edukacji.
Głęboko wierzę, że czasy, w których decyzje podejmowane „na górze” mogły sprawdzić się u wszystkich dawno przeminęły, jeżeli w ogóle kiedykolwiek takie były. Teraz od absolwentów wymaga się samodzielności, autonomii, umiejętności myślenia i podejmowania decyzji. I tego musi uczyć szkoła. Problem w tym, że nie da się prowadzić obowiązkowych zajęć z autonomii. Mimo to właśnie szkoła może kształcić takie kompetencje. Jak? A no nie trzeba tego nawet wpisywać do podstawy programowej. Wystarczy, że właśnie takie kompetencje posiadają osoby, z którymi dzieciaki mają do czynienia na co dzień, czyli nauczyciele. A skąd mają je wziąć? A stąd, że ich praca tego wymaga i stwarza możliwość ich zdobycia. To nie jest program na rok. To jest program na dziesięciolecie, ale stwarzałby możliwość kształcenia ludzi dostosowanych do potrzeb współczesności.
Uważam, że aby dobrze kształcić nauczyciele muszą być przede wszystkim wolni. Wyzwoleni z okowów sztywnych i szczegółowych podstaw programowych, z konieczności wypełniania ton papierów, z nicniewnoszących ocen, kontroli ze strony dwóch instytucji, czy zmuszani do wpisywania do dziennika sztucznie wymuszanych ocen.
Przecież podstawa programowa mogłaby zawierać wyłącznie wykaz kompetencji, z jakimi uczniowie powinni kończyć poszczególne etapy edukacji. Co za różnica jaką lekturę przeczytają i kiedy, jeżeli będą w stanie ją zrozumieć, wyciągnąć wnioski, rozmawiać na jej temat, czy napisać pracę? Czy naprawdę lepiej, że uczeń nie przeczyta „Janka Muzykanta”, niż że przeczyta „Zwiadowców”? Czy nie lepiej byłoby, gdyby dzieciaki wiedziały coś na temat zależności w przyrodzie, rozumiały, co robimy planecie, umiały skorzystać z klucza, by rozpoznać roślinę, niż żeby potrafiły opowiadać o układzie krwionośnym dżdżownicy (mnie osobiście to ostatnie naprawdę fascynuje, ale przecież większości ludzi NIE). Czy nie lepiej, żeby złożyły do kupy silnik elektryczny i rozumiały co się w nim dzieje, niż liczyły wyciągnięte z kosmosu zadania (to też mnie interesuje, żeby nie było, że wyrzucam z programu treści dla mnie niewygodne)? Ja osobiście jestem wielką fanką wiedzy encyklopedycznej zdobywam ją gromadzę i popisuję się przy każdej okazji, ale większość ludzi woli spędzać czas inaczej i żadne zaklęcia i podstawy programowe tego nie zmienią. Możemy narzekać, albo możemy spróbować nauczyć dzieciaki czegoś ważnego, zamiast uczyć i nie nauczyć właściwie nic. Powinniśmy pozwolić nauczycielowi wybrać nauczanie tego, co jest ważne dla jego uczniów. Wybierać narzędzia, którymi pragnie się posłużyć – te, które będą pasowały jemu (tak, nauczyciel powinien uczyć z tego, co jemu najbardziej leży – on jest ważny, bo tylko posługując się własnym materiałem jest naprawdę przekonujący!) i uczniom.
Nikt przecież nie idzie pracować do szkoły po to, żeby nie uczyć. Może się zniechęcić, może się rozbić o ścianę systemu, może się wypalić, ale nikt nie wybiera tego ciężkiego zawodu, żeby nie nauczyć uczniów! Dlatego nie powinniśmy na każdym kroku go ograniczać i patrzeć mu na ręce. Nie potrzeba nadzoru aż dwóch instytucji (wydziału oświaty o kuratorium), których działania się dublują, a na działanie których idzie naprawdę spora część środków na oświatę. Pozwólmy nauczycielowi pracować na zasadzie umowy społecznej – umowy między nim samym, uczniem, jego rodzicem i dyrektorem. Jakość nauczania nie bierze się z kontroli ale z wzajemnego zaufania. Pozwólmy tym ludziom rozmawiać, dogadywać się uwspólniać wartości. Głęboko wierzę, że nauczyciel, który faktycznie czuje, że ma wpływ na to, co robi byłby o wiele bardziej elastyczny, a wiedzący po co coś robi i dlaczego właśnie tak o wiele bardziej przekonujący. Wszyscy ci ludzie mają wspólny cel, jakim jest kształcenie młodego pokolenia. Pozwólmy im go po prostu realizować.
A co z tym, że każda szkoła będzie uczyć inaczej? Że uczniowie nie będą mieli identycznej wiedzy? A kto powiedział, że powinni mieć. Każdy z nich ma dostęp do tej wiedzy w swojej kieszeni. Lepiej, żeby umiał z niej korzystać, niż żeby za wszelką cenę nosił ją w głowie. Teraz jest tak, że wiedzy i tak nie ma, a kompetencje korzystania z dobrodziejstw Internetu są u nastolatków tak naprawdę żadne. Jeżeli są internetowymi tubylcami, to takimi, którzy świetnie znają topografię placu zabaw, a po wyjściu z niego niemal natychmiast się gubią.
Kolejną rzeczą są oceny. Jeżeli mają pełnić funkcję motywacyjną, to jest to najgorsze narzędzie motywacji z możliwych. Jeżeli informacyjną, to przykro to mówić robią to tragicznie kiepsko. Tak naprawdę pełnią taką funkcję, że są. Dyrekcja widzi, że są, kuratorium widzi, że są, a rodzice czują się bezpieczniej, bo coś co, dzieje się w szkole do nich dociera w postaci zrozumiałej liczby, mniej zrozumiałej litery, bądź enigmatycznego „musisz się bardziej postarać”. A może by tak zrezygnować z zaspokajania potrzeb kuratorium, dyrekcji i rodziców i skupić się na uczniach. Może by po prostu pozostać przy prostej informacji: to umiesz, to umiesz, a tego jeszcze warto się nauczyć, zastanówmy się, jak mógłbym cię w tym wesprzeć? Bez ocen, poprawiania ocen, odpytywania przy tablicy, ocen za aktywność i za zachowanie. Może gdyby ich nie było nauczyciel częściej rozmawiałby z uczniem zamiast uciekać się do skreśleń i liczbowych etykiet?
To jest mój autorski pomysł, nie doskonała recepta na edukację. Gorąco zachęcam do dyskusji. Może macie lepsze pomysły? Co do mnie, to to dopiero początek, bo pomysłów na zmiany w innych aspektach nauczycielskiej pracy mam więcej.
C.D.N.

sobota, 13 kwietnia 2019

Dlaczego nauczyciele muszą strajkować?


Kilka tygodni temu byłam z dziećmi na Pro Sinfonice. Tak się dziwnie zdarzyło, że koncert był przedstawieniem powstałym w jednej z podstawówek z dalszych okolic Poznania. Bez komentarza pozostawię fakt, czy chodzę na ProSinfonikę po to, żeby słuchać muzyki z taśmy i oglądać dzieciaki z podstawówki. O tym może innym razem.
Tym razem – o nauczycielach. Właściwie o kilku osobach, które z całą pewnością poświęciły pół roku swego życia, żeby przygotować do przedstawienia 150 dzieci w wieku 7-15 lat. Któraś z tych Pań napisała niezły scenariusz, dobrała muzykę. Druga opracowała choreografię dla 150 osób podzielonych na mniej, niż 10 osobowe grupy. Do tego wystąpił chór szkolny (brzmiący jak chór, może nie profesjonalny, ale też daleki od zgrai rozwrzeszczanych dzieciaków), soliści, osoby grające na instrumentach i spinający wszystko aktorzy. Wiecie co to oznacza? Ja w wieku szkolnym bawiłam się akurat w teatr, więc wiem. Oznacza to już nie dziesiątki, a setki godzin prób z każdą grupą z osobna i ze wszystkimi razem. Oznacza przekonanie rodziców, że warto wykonać dla każdej z grup osobne stroje. Zgranie tego wszystkiego z normalną edukacją dzieciaków. Oznacza to, że przez dobre pół roku wszystkie te próby odbywały się po godzinach. Jak znam realia szkoły (a znam je naprawdę nieźle, bo pochodzę z rodziny nauczycielskiej i często z nauczycielami współpracuję) nauczycielki przez kilka miesięcy prawdopodobnie zostawały po pracy ze 4 razy w tygodniu. Wszystko to kosztem własnych dzieciaków, czy wnuków.
Koncert, w którym uczestniczyliśmy odbywał się oczywiście w sobotę. Kolejny nie wiadomo już który dzień, który nauczycielki poświęciły nieswoim dzieciom. A zrobiły to wszystko właściwie za nic. Właściwie za darmo, któryś rok z rzędu wypracowywały drugi, darmowy etat po to, by dzieciaki miały możliwość pokazać, że kochają muzykę, zobaczyć, jak to jest wystąpić przed pełną aulą, być oklaskiwanym przez dzieci i dorosły, nie tylko kolegów i rodziców. Może te panie dostaną za to nawet nagrodę dyrektora w wysokości kilkuset złotych z okazji dnia nauczyciela (chociaż pewnie nie, bo mogły ją dostać w zeszłym roku, albo dwa lata temu, a pewnie nie są jedynymi uprawiającymi wolontariat członkami grona).
A one nie są przecież aż takim wyjątkiem! Ilu nauczycieli organizuje koła zainteresowań? Ilu pozwala dzieciakom sprawdzić się w sztuce recytacji, aktorstwie, śpiewie? Ilu po prostu zostaje po lekcjach, żeby porozmawiać z dzieckiem, rodzicem, czy zrobić coś, czego nie widać w żadnych statystykach – spotkać się z psychologiem, pedagogiem szkolnym – porozmawiać o tym, co robić, jak pomóc jednemu, drugiemu dziecku, które wyraźnie cierpi? Ilu wraca do domu i nie tylko sprawdza klasówki, wypełnia Ipety i całą pozostałą durną papierologię, ale też zastanawia się, jak udzielić wsparcia niepełnosprawnemu uczniowi? Organizuje pomoc dla tych zwyczajnie biednych, czy pomaga zrealizować czyjeś marzenie w postaci wsparcia schroniska? Ilu organizuje wycieczki na własną rękę szukają zakwaterowania, autokaru, przewodnika?
Spotkałam w życiu wielu złych nauczycieli. Takich, którym brakowało empatii, wykształcenia, umiejętności. Nauczyciele to przecież charakterologiczny przekrój społeczeństwa. Nie spotkałam za to nigdy takiego, który pracowałby 18 godzin tygodniowo. Wielu natomiast takich, którzy przy takim pensum pracowali 40 i więcej.
Zamiast narzekać, że nauczyciele nie dają rady (niektórzy nie dają), że zamiast uczyć zadają do domu (zdarza się, ale wierzcie mi, że nie jest to zamiast pracy na lekcji), powinniśmy się dziwić, że w ogóle ktoś jeszcze daje radę! Że komuś się w ogóle chce robić te wszystkie miliony rzeczy. Za takie wynagrodzenie nie powinno im się właściwie chcieć. Jeżeli chcemy, by chciało się większej liczbie, jeżeli nie chcemy, by jednym z popularniejszych tematów wśród młodych, aktywnych i naprawdę kochających dzieci nauczycieli było zastanawianie się, czy jednak nie przenieść się do Lidla na kasę, bo tam dają więcej (bo dają) za mniej odpowiedzialną pracę, z której się po prostu wychodzi, jeżeli naprawdę chcemy, by do zawodu przyciągnąć zdolnego anglistę, chemika, czy biologa, który od ręki znajdzie lepiej płatną i, nie ukrywajmy, łatwiejszą pracę, musimy zacząć płacić im tyle, na ile zasługują.
I na koniec odrobina prywaty. Jako żona nauczyciela (dokładnie wychowawcy w internacie) gdy przeczytałam, że nauczyciele zarabiają rocznie 96 tys. (według OECD za opublikowanym dziś artykułem na Money.pl), aż musiałam zajrzeć do PITa. I okazało się, że za pracę 30 godzin w tygodniu, w tym cotygodniowa nocka (za część której jest nawet dodatek nocny!) zarobił za cały zeszły rok uwaga: 40 246,17. Ze wszystkimi mitycznymi dodatkami. Bez jednego dnia zwolnienia lekarskiego. Zaiste aż trudno się nie zgodzić, że „Belfry to hipokryci, nie myślący wcale o uczniach tylko o swoim i tak wypchanym portfelu.

poniedziałek, 18 lutego 2019

Dlaczego nie powiem rodzicowi, że krzywdzi dziecko?

W moim gabinecie zjawiają się różni rodzice – często są świadomi siebie, oczytani gotowi do pracy, ale nie zawsze, czasem po prostu chcieliby, żeby ich dziecko się zmieniło, żeby było łatwiej i tyle. Łączy ich jednak zazwyczaj więcej niż dzieli. Po pierwszy szukają pomocy. Nie zawsze są na nią gotowi – wtedy męczą się słuchając o tym, co może czuć ich dziecko i z ulgą wychodzą i znikają. Widać nie mogłam im dać tego, czego potrzebowali w tym momencie. Inni słuchają i przynosi im to ulgę i daje siłę do działania. Niezależnie od tego, z czym do mnie przychodzą – czy po prostu jest im ciężko, czy kary przestały działać i stanęli pod ścianą, czy zdarza im się karać dziecko fizycznie nigdy nie usłyszą ode mnie, że krzywdzą swoje dziecko.
Nigdy nie powiedziałam też nikomu, że jest złym rodzicem. Prawdę mówiąc nie spotkałam jeszcze nikogo, kto po godzinie rozmowy mógłby być tak nazwany. Rodzice czują się bezsilni, pogubieni, bezradni. Niezwykle często pełno w nich wyrzutów sumienia i rozważań na temat tego, co zrobili źle. Są oceniani na każdym kroku. Przez samych siebie, przez rodzinę, nauczycieli, ludzi na ulicy, a nierzadko niestety też psychologów. Czasem wydaje im się, że właśnie po to przychodzą. By wytknąć im błędy, wyjaśnić czemu stanęli pod ścianą, w którym zachowaniu, w którym słowie tkwi ich wina. Wydaje im się, że ta wiedza przyniesie ulgę. Ale to nieprawda.
Żaden rodzic nie potrzebuje znać listy swoich błędów. Wyrzuty sumienia jeszcze nigdy nikomu nie pomogły zbliżyć się i zrozumieć drugiego człowieka. Kierują uwagę do wewnątrz, zamiast pomóc skupić się na innym człowieku.
Dlatego nigdy nie powiedziałam rodzicowi, że krzywdzi dziecko. Zamiast tego czasem mówię, że dziecko cierpi. Rozmawiamy o tym, co wprawia je w smutek, co je złości. Co mu nie pomaga, a co pomóc może. Staramy się iść w przyszłość i zastanawiamy się, co możemy zrobić dziś i jutro, żeby było lepiej. Dzieci dają rodzicom tysiąc szans. Nie oceniają. Mają za to nadzieję – na zmianę, na lepsze jutro, na więcej bliskości i zrozumienia. I rodzice niezwykle często są gotowi właśnie to im dać. Chcą i mogą być bliżej.
Mogą to zrobić jednak jedynie wtedy, gdy zrzucą ciężar dnia wczorajszego. Przestaną myśleć o swoich winach, a zamiast tego zaczną budować więź. Czasami odbudowa zaufania wymaga ciężkiej pracy. Trzeba zacząć tu i teraz. 
Nie da się zmienić wczoraj, nie można wpłynąć na to, co zrobiło się rok, czy dwa temu. Nawet, jeżeli z dzisiejszej perspektywy wydaje się to okropne. To, na co mamy wpływ to jutro. I ono może być lepsze, szczęśliwsze, czy po prostu łatwiejsze, jeżeli tylko zacznie się dziś. Patrząc przed siebie, a nie wstecz.

czwartek, 5 kwietnia 2018

Prawdziwe egzaminy

Egzaminy w edukacji domowej zdajemy po raz czwarty. Wydawać by się mogło, że już się przyzwyczailiśmy, że to norma, idziemy zdajemy, mamy wakacje. Jednak okazuje się, że nie. A właściwie i tak i nie. Dla dzieciaków to są po prostu kolejne egzaminy, takie, jak poprzednie. Trzeba zdać, żeby uczyć się w domu i tyle. Dla mnie nie. Czwarta klasa okazała się o wiele większym wyzwaniem, niż się spodziewałam. I nie, zupełnie nie dlatego, że materiał jest rozbudowany, a przedmiotów dużo, bo tego właściwie nie odczuliśmy. Staramy się zawsze być na tyle do przodu, żeby nie stresować się materiałem. To, co dzieciaki umieją starczy, żeby zdać, a na jaką ocenę to się już okaże. No i właśnie w tym miejscu pojawia się problem. Nie dzieci mój. Jurek, który po raz pierwszy w życiu będzie oceniany zupełnie nie odczuwa tego ciężaru. On wie, ze trzeba zdać, bo dla niego celem starania się na egzaminach jest wyłącznie zachowanie wolności, jaką daje mu ED. Moim też. Niby. No przynajmniej na poziomie deklaracji. Bo w środku wieloletnia tresura daje o sobie znać jak nigdy dotąd. Przecież fajnie byłoby, żeby miał ładne świadectwo, prawda? Dobrze wyglądałyby piątki z wszystkich przedmiotów, no nie? Przecież zrobienie szybkiej powtórki ze wszystkiego po to, żeby dobrze wypaść na egzaminie to świetny pomysł.
No i właśnie tu zaczyna się mój prawdziwy egzamin, bo strasznie trudno jest nie narzucać tego, przeciwko samemu się zbuntowało decydując się na edukację domową. Nie naciskać na oceny, na przygotowania pod test. Pozwolić na robienie, również teraz tego co ważne jest w tej chwili. A ważna jest mitologia, której w 4 klasie nie ma. Ważne jest stworzenie wysoce abstrakcyjnego utworu na komputerze. Ważne jest poznanie kolejnych przygód Leo Valdeza. A nie wałkowanie i tym, kim był Pilecki i kiedy była bitwa pod Kircholmem. I ja się z tym całkowicie zgadzam. Z jednej strony przecież wiem, że on wie. Przecież rozmawialiśmy o tym wszystkim, czytaliśmy, oglądaliśmy filmy. Jeżeli miał zapamiętać, to zapamiętał.
A jednak. Wymijające „niee wiem” na pytanie czy powtórzymy przyrodę wyprowadza z równowagi. Nie wiem, czy bardziej denerwujące jest to, że nie chce, czy to, że nie chce przyznać się przede mną, że nie chce. Że w jakiś sposób doprowadziłam do tego, że wie, że moim zdaniem powinien chcieć i próbuje jakoś wymanewrować tak, żeby nie powiedzieć, że nie. W takich chwilach widzę, jak głęboko tkwi we mnie belfer, jak bardzo ja sama jestem uszkolniona i nawet jeśli nie chcę uszkalniam. Mam nadzieję, że te egzaminy szybko miną. I że nie tylko dzieciaki je zdadzą, ale ja też.

wtorek, 27 lutego 2018

Czy wspólne pranie to marnowanie czasu?

Jakiś czas temu podczas spotkania z pewną bardzo zmęczoną mamą zaproponowałam, by wykonywała prace domowe wraz ze swoim kilkuletnim dzieckiem. mama ta o ile dobrze pamiętam spędzała każdą wolną chwilę na zabawie z dzieckiem, a wykonywanie przy nim czynności takich, jak pranie, czy ładowanie zmywarki okupywała sporymi wyrzutami sumienia. Była ona głęboko przekonana, że każda chwila, którą spędza na tego typu pracach jest czasem straconym. Prawdę mówiąc mocno mnie to zdziwiło. Po dłuższej rozmowie zrozumiałam wreszcie o co chodzi. Mama ta słyszała, że jeżeli przebywa w domu wraz z dzieckiem, ale zajmuje się pracami domowymi, to tak naprawdę nie jest z dzieckiem, lecz obok niego. W pewnym sensie miała rację. Sytuacja taka nierzadko ma miejsce, gdy dziecko przebywa cały dzień z mamą, która narzuca sobie bardzo wysokie standardy – dba o to, by dom był idealnie czysty, pranie natychmiast wyprane, a obiad miał dwa dania. Jeżeli wszystko ma być wykonane doskonale – udział dziecka jest właściwie wykluczony, bo nie ma się co oszukiwać – dwulatek może i załaduje pranie do pralki, ale nie zrobi tego szybko, sprzątanie będzie delikatnie mówiąc niedokładne, a wizyta w kuchni kończy się chaosem. W takim przypadku rzeczywiście często dziecko odsyłane jest gdzieś indziej. Słyszy (w najlepszym przypadku) „Idź się pobaw” albo (w o wiele gorszym) „Obejrzyj sobie bajkę”. Usłyszy także „Nie przeszkadzaj”. W takiej sytuacji dziecko rzeczywiście nie przebywa w domu z mamą, lecz obok niej. Nie sprzyja to relacji między mamą a dzieckiem, bo mimo że spędzają wspólnie bardzo dużo czasu, tak naprawdę liczba ich interakcji ogranicza się do sytuacji, w których dziecko je „wymusi”. Dzieci takie, mimo że czyste i ładnie ubrane potrafią być rozwojowo zaniedbane.
Czy oznacza to, że kiedy spędzamy czas w domu z dzieckiem nie wolno nam odkurzać, zmywać, prać, czy gotować? Oczywiście, że nie!
Kwestia jest taka, by wykorzystać wspólny czas nie tylko na wykonywanie zaplanowanych działań, ale także na bycie razem. Jeżeli zatem ładujesz pralkę możesz poprosić dziecko o pomoc. Już półtoraroczniak da sobie z tym radę. Poćwiczy swoją sprawność, pomoże ci, poczuje się duży i kompetentny, a nade wszystko świetnie będzie się bawił. Jeżeli sprzątasz, nieco starsze dziecko może odkurzyć wspólnie z Tobą. Co z tego, że zrobi to niedokładnie – poprawisz po nim, a ono się czegoś nauczy. A jeżeli wieszasz wysoko pranie, albo mieszasz w gorącym garnku? Macie świetną okazję do tego, by porozmawiać, pośpiewać, pouczyć się kolorów, czy w przypadku przedszkolaka – po prostu posłuchać jego niestworzonych opowieści.
Czas spędzony w ten sposób z całą pewnością nie jest czasem straconym – wręcz przeciwnie. Dziecko czuje, że ma mamę, a mama nie tworzy podczas zabawy listy rzeczy, które będzie musiała zrobić, kiedy wreszcie potomek pójdzie spać. Wspólne wykonywanie obowiązków domowych wdraża dziecko do samodzielności, uczy go, że czyste pranie, jedzenie etc. nie bierze się znikąd, że czynności domowe to ciężka praca godna szacunku.
O tym, jak wartościowy jest czas spędzony z dzieckiem zupełnie nie decyduje to, co wspólnie robicie – o wiele ważniejsze jest czy robicie to razem i czy potraficie cieszyć się swoim towarzystwem nie zważając na niedoskonałości i niedokładność, która nieodłącznie wiąże się z dziecięcą pomocą.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Zmień to, co możesz - trochę inne spojrzenie na samokontrolę

Wszelkie sensowne poradniki dotyczące diety, czy zmiany nawyków żywieniowych zaczynają się od
jednej prostej rady. Każą mianowicie usunąć z szafek słodycze i wszystkie niezdrowe przekąski. Dzieje się tak nie bez powodu. Nasza silna wola ma swoje ograniczenia. Nasze działania są przemyślane tylko w ograniczonym stopniu. Świetnie ilustruje to jedno z klasycznych doświadczeń psychologii społecznej - pracownicom wręczono pudełko czekoladek i patrzono jak często po nie sięgają.
Wiecie co najbardziej wpłynęło na liczbę zjedzonych czekoladek? Nie charakter, waga czy inne stałe cechy tych kobiet. Czynnikiem decydującym była ich dostępność. Te panie, które położyły pudełko na biurku sięgały po czekoladki zdecydowanie częściej, niż te, które miały je w szafie o metr od biurka. Te, które miały je pod ręką po prostu po nie sięgały nawet nie wiedząc, że to robią. Te, które musiały przerwać pracę, by zjeść słodycz rzadziej się na to decydowały, dlatego, że musiały się na to zdecydować - zjedzenie cukierka wiązało się z podjęciem aktywności.
Zwróćcie uwagę, że piszę o normalnych, zdrowych, całkowicie przeciętnych, DOROSŁYCH ludziach. W dodatku wychowanych w nieco innej kulturze, która nie dostarczała nieustannie natychmiastowej gratyfikacji, bo pochodzą one sprzed kilkudziesięciu lat.
A teraz przyjrzyjmy się, czego bardzo często oczekujemy od dzieci: mają one mieć dostęp do komórki, ale mają kontrolować. Mają mieć w zasięgu ręki tablet, pilot i mają być wystarczająco zdyscyplinowane, by po nie nie sięgać. Mają mieć w domu słodycze, ale po nie nie sięgać. Mają się nauczyć kontrolować pod każdym względem. Problem w tym, że w przypadku dzieci 2 letnich, a często i 12 letnich to nie działa. Jasne - czasem tak, bo mózg dojrzewa w różnym tempie u różnych ludzi.
Bardzo często spotykam rodziców pragnących wychować dzieci o silnej samokontroli pragnących by dzieci panowały nad swoimi zachciankami i myślały nad tym, co robią. Jest to bardzo chwalebne, ale...
Po pierwsze - szanuj siebie. Nie utrudniaj sobie życia! Jeżeli możesz uniknąć ciągłego zwracania dziecku uwagi to po prostu tego uniknij. Naprawdę nie warto podporządkowywać życia temu, żeby dziecko nauczyło się nie dotykać pilota, nie bawić wazonami rozłożonymi na najniższej półce, nie wyciągało ciągle makaronu z kuchennej szafki. Tego jest za dużo, a każdy rodzic ma lepsze rzeczy do roboty (na przykład miłe spędzanie czasu z dzieckiem!) niż ciągłe upominanie go.
Po drugie - ważne, żeby dzieci nauczyły się najpierw ważnych rzeczy - niewkładania palców do kontaktu, nie wybiegania na jezdnię i paru innych. To też wymaga samokontroli, a jest ważne. I w dodatku nie da się zmienić - nie zlikwidujemy wszędzie gniazdek i ruchu ulicznego.
Po trzecie tego się nie da zrobić. Niektóre rzeczy mają nieodpartą siłę przyciągania nawet dla dorosłych. Nam samym trudno powiedzieć sobie dość. Marnujemy czas na FB, przed ekranami, zjadamy całą tabliczkę zamiast kostki czekolady. Nie możemy wymagać, żeby dzieci były od nas mądrzejsze i bardziej dojrzałe. Po pierwsze to nierealne, po drugie zwyczajnie nie fair.
Po czwarte - kompetencje rozwijają się poprzez sukcesy, a nie porażki. Jeżeli ułatwimy dziecku zadanie i sprawimy, że zdoła odnieść sukces, następnym razem w trudniejszej sytuacji też spróbuje. Jeżeli postawimy poprzeczkę tak wysoko, że sukces będzie niemożliwy, dziecko nie uwierzy, że w ogóle jest w stanie go odnieść, więc nie będzie próbować. Dodatkowo, uzna, że jest w tym beznadziejne, i że "tak po prostu ma i wszyscy muszą to zaakceptować".
A zatem co? Są dwa rozwiązania, które zastosowane razem czynią cuda. Część pierwsza jest łatwa i pozwala głęboko odetchnąć:
Jeżeli nie możesz zmienić zachowania zmień otoczenie.
Nie chcesz ciągle zabierać dziecku tabletu? Odkładaj go wysoko. Wyłącz go. Załóż blokadę. Nie chcesz, żeby dziecko jadło słodycze/wyżerało z lodówki jogurty, etc? Nie kupuj ich. Boisz się, że stłucze szklane bibeloty, czy stolik? Wynieś to na strych, do piwnicy. Za 10 lat wrócą. Ułatw sobie i dziecku życie.
Często się stykam tu z pytaniem: ale dlaczego ja mam zmieniać swoje otoczenie pod dziecko? Bo ono jest dzieckiem. Bo tak łatwiej. Bo jesteś rodzicem i tobie łatwiej się dostosować, niż jemu. Bo może ono za 40 lat wybuduje rampę, żebyś mógł wjechać na wózku do jego domu. To nie jest rozpieszczanie dziecka, tylko branie na siebie odpowiedzialności za wasze dobre samopoczucie. No i druga strona medalu. Ta trudniejsza:
Zacznij od siebie.
Jeżeli chcesz, żeby dziecko się kontrolowało daj mu dobry przykład. Odłóż komórkę po wejściu do domu i zerkaj  na nią, aż dziecko pójdzie spać. Wyłącz telewizor w momencie, gdy skończy się Twój ulubiony program. Zjedz tylko 1 ciasteczko. Przeczytaj książkę zamiast obejrzeć kolejnego odcinka serialu. Jeżeli my dorośli zaczniemy nad sobą pracować, będziemy dawać dobry przykład, a zarazem ułatwiać sobie i dzieciom realizację takich zachowań, to one nauczą się tej samokontroli. Bo zobaczą, że można.

niedziela, 7 stycznia 2018

Skąd się bierze samodzielność?

Pytanie w tytule wydaje się być banalne, ale czy na pewno? Rozmawiając z otaczającymi mnie ludźmi wcale nie wydaje mi się, że jest to proste. Mam wrażenie, że ogromna część rodziców oczekuje, aż rzeczona samodzielność „przyjdzie”. Że jest ona czymś, co pojawi się z dnia na dzień, że dziecko nagle zacznie robić wiele rzeczy samo z siebie, gdy po prostu będzie do tego wystarczająco dojrzałe. Równocześnie ci sami rodzice stoją nad dziećmi godzinami prosząc, błagając, strasząc, żeby tylko dziecko zrobiło zadanie domowe. Sprawdzają gimnazjalistom zeszyty, a nawet plecaki, czy aby na pewno nic dziecku nie umknęło. Szykują dzieciom kanapki i dbają, by dzieci w takim wieku, że, które jeszcze kilkanaście lat temu same chodziłyby po zakupy i wracały ze szkoły z kluczem na szyi nie były przypadkiem same w domu, a już broń boże, żeby nie próbowały robić sobie herbaty. Zdaję sobie sprawę, że wszystkie te zachowania biorą się z miłości, z chęci bycia dobrym rodzicem, zapewnienia dziecku tego, co ważne i potrzebne. Osoby, które się tak zachowują naprawdę pragną być dobrymi rodzicami. Problem w tym, że dając tyle z siebie dostarczają sobie i dziecku ogromnych dawek frustracji, bo niestety do samodzielności się nie dorasta. Oczywiście, ze dziecko nie zacznie chodzić, jeżeli nie jest na to gotowe. Ale nie zacznie też chodzić, jeżeli cały czas będzie noszone, albo przypięte pasami do fotelika. Żeby nauczyć się chodzić trzeba najpierw raczkować, potem stawiać pierwsze kroki i milion razy się przewrócić.


Samodzielność zdobywamy tak samo. Zanim dziecko będzie w stanie samo ugotować obiad musi mieć możliwość zbić jajka na jajecznicę, zalać herbatę, zapalić zapałkę. Zanim samo wyjedzie na wakacje potrzebuje zostawać w domu bez opieki, szykować sobie kanapki, trafić ze szkoły do domu. I oczywiście nieraz dziecko zrobi coś źle. Jajecznica się przypali, zapałka poparzy, dziecko zagada się z koleżanką i będzie wracało do domu okrężną drogą. Jasne, że rodzice by tą samą jajecznicę zrobili o wiele lepiej, że kanapka byłaby bardziej estetyczna, a dom mniej zabałaganiony. Ale przecież dziecko potrzebuje uczyć się na własnych błędach. Popełnianie błędów jest dobre i potrzebne. Nigdy nie uczy się tak wiele o świecie i sobie samym, jak właśnie wtedy, gdy popełnia błędy i musi je naprawiać.
A, że kosztuje nas to wiele nerwów? Że zamartwiamy się patrząc na zegarek, gdy dziecko samo wraca? Że patrzymy z przerażeniem, na trzymany przez nie ostry nóż? Cóż – jesteśmy dorośli i powinniśmy sobie radzić ze swoimi lękami, może potrzebujemy wsparcia? Powinniśmy także przyzwyczajać się do niepewności, lęku, braku kontroli nad tym, co się dzieje. Na tym właśnie polega rodzicielstwo. Na cofaniu się o mały krok każdego dnia. Na tym, że oddajemy pola i martwiąc pozwalamy coraz dojrzalszym „dzieciom” na popełnianie coraz większych błędów. Na przytulaniu, zaklejaniu plastrem skaleczonych palców i złamanych serc i pomaganiu w wyciągnięciu własnych wniosków. Pewnego dnia nasze pisklaki opuszczą gniazdo i od nas zależy, czy będą w stanie sobie poradzić, czy daliśmy im wcześniej wystarczająco wolności, by mogły być samodzielne. A martwić będziemy się i tak. Martwią się nasze mamy. Martwią nasze babcie. Martwiły nasze prababcie – decydując się na dziecko decydujemy się na zamartwianie. Nie mamy jednak prawa, zmniejszać naszych zmartwień kosztem dzieci.
Samodzielność sama nie przyjdzie. Trzeba pozwolić dziecku ją budować – nie poprzez aktywne działanie, ale przez aktywne powstrzymywanie się od działania.