czwartek, 5 kwietnia 2018

Prawdziwe egzaminy

Egzaminy w edukacji domowej zdajemy po raz czwarty. Wydawać by się mogło, że już się przyzwyczailiśmy, że to norma, idziemy zdajemy, mamy wakacje. Jednak okazuje się, że nie. A właściwie i tak i nie. Dla dzieciaków to są po prostu kolejne egzaminy, takie, jak poprzednie. Trzeba zdać, żeby uczyć się w domu i tyle. Dla mnie nie. Czwarta klasa okazała się o wiele większym wyzwaniem, niż się spodziewałam. I nie, zupełnie nie dlatego, że materiał jest rozbudowany, a przedmiotów dużo, bo tego właściwie nie odczuliśmy. Staramy się zawsze być na tyle do przodu, żeby nie stresować się materiałem. To, co dzieciaki umieją starczy, żeby zdać, a na jaką ocenę to się już okaże. No i właśnie w tym miejscu pojawia się problem. Nie dzieci mój. Jurek, który po raz pierwszy w życiu będzie oceniany zupełnie nie odczuwa tego ciężaru. On wie, ze trzeba zdać, bo dla niego celem starania się na egzaminach jest wyłącznie zachowanie wolności, jaką daje mu ED. Moim też. Niby. No przynajmniej na poziomie deklaracji. Bo w środku wieloletnia tresura daje o sobie znać jak nigdy dotąd. Przecież fajnie byłoby, żeby miał ładne świadectwo, prawda? Dobrze wyglądałyby piątki z wszystkich przedmiotów, no nie? Przecież zrobienie szybkiej powtórki ze wszystkiego po to, żeby dobrze wypaść na egzaminie to świetny pomysł.
No i właśnie tu zaczyna się mój prawdziwy egzamin, bo strasznie trudno jest nie narzucać tego, przeciwko samemu się zbuntowało decydując się na edukację domową. Nie naciskać na oceny, na przygotowania pod test. Pozwolić na robienie, również teraz tego co ważne jest w tej chwili. A ważna jest mitologia, której w 4 klasie nie ma. Ważne jest stworzenie wysoce abstrakcyjnego utworu na komputerze. Ważne jest poznanie kolejnych przygód Leo Valdeza. A nie wałkowanie i tym, kim był Pilecki i kiedy była bitwa pod Kircholmem. I ja się z tym całkowicie zgadzam. Z jednej strony przecież wiem, że on wie. Przecież rozmawialiśmy o tym wszystkim, czytaliśmy, oglądaliśmy filmy. Jeżeli miał zapamiętać, to zapamiętał.
A jednak. Wymijające „niee wiem” na pytanie czy powtórzymy przyrodę wyprowadza z równowagi. Nie wiem, czy bardziej denerwujące jest to, że nie chce, czy to, że nie chce przyznać się przede mną, że nie chce. Że w jakiś sposób doprowadziłam do tego, że wie, że moim zdaniem powinien chcieć i próbuje jakoś wymanewrować tak, żeby nie powiedzieć, że nie. W takich chwilach widzę, jak głęboko tkwi we mnie belfer, jak bardzo ja sama jestem uszkolniona i nawet jeśli nie chcę uszkalniam. Mam nadzieję, że te egzaminy szybko miną. I że nie tylko dzieciaki je zdadzą, ale ja też.

wtorek, 27 lutego 2018

Czy wspólne pranie to marnowanie czasu?

Jakiś czas temu podczas spotkania z pewną bardzo zmęczoną mamą zaproponowałam, by wykonywała prace domowe wraz ze swoim kilkuletnim dzieckiem. mama ta o ile dobrze pamiętam spędzała każdą wolną chwilę na zabawie z dzieckiem, a wykonywanie przy nim czynności takich, jak pranie, czy ładowanie zmywarki okupywała sporymi wyrzutami sumienia. Była ona głęboko przekonana, że każda chwila, którą spędza na tego typu pracach jest czasem straconym. Prawdę mówiąc mocno mnie to zdziwiło. Po dłuższej rozmowie zrozumiałam wreszcie o co chodzi. Mama ta słyszała, że jeżeli przebywa w domu wraz z dzieckiem, ale zajmuje się pracami domowymi, to tak naprawdę nie jest z dzieckiem, lecz obok niego. W pewnym sensie miała rację. Sytuacja taka nierzadko ma miejsce, gdy dziecko przebywa cały dzień z mamą, która narzuca sobie bardzo wysokie standardy – dba o to, by dom był idealnie czysty, pranie natychmiast wyprane, a obiad miał dwa dania. Jeżeli wszystko ma być wykonane doskonale – udział dziecka jest właściwie wykluczony, bo nie ma się co oszukiwać – dwulatek może i załaduje pranie do pralki, ale nie zrobi tego szybko, sprzątanie będzie delikatnie mówiąc niedokładne, a wizyta w kuchni kończy się chaosem. W takim przypadku rzeczywiście często dziecko odsyłane jest gdzieś indziej. Słyszy (w najlepszym przypadku) „Idź się pobaw” albo (w o wiele gorszym) „Obejrzyj sobie bajkę”. Usłyszy także „Nie przeszkadzaj”. W takiej sytuacji dziecko rzeczywiście nie przebywa w domu z mamą, lecz obok niej. Nie sprzyja to relacji między mamą a dzieckiem, bo mimo że spędzają wspólnie bardzo dużo czasu, tak naprawdę liczba ich interakcji ogranicza się do sytuacji, w których dziecko je „wymusi”. Dzieci takie, mimo że czyste i ładnie ubrane potrafią być rozwojowo zaniedbane.
Czy oznacza to, że kiedy spędzamy czas w domu z dzieckiem nie wolno nam odkurzać, zmywać, prać, czy gotować? Oczywiście, że nie!
Kwestia jest taka, by wykorzystać wspólny czas nie tylko na wykonywanie zaplanowanych działań, ale także na bycie razem. Jeżeli zatem ładujesz pralkę możesz poprosić dziecko o pomoc. Już półtoraroczniak da sobie z tym radę. Poćwiczy swoją sprawność, pomoże ci, poczuje się duży i kompetentny, a nade wszystko świetnie będzie się bawił. Jeżeli sprzątasz, nieco starsze dziecko może odkurzyć wspólnie z Tobą. Co z tego, że zrobi to niedokładnie – poprawisz po nim, a ono się czegoś nauczy. A jeżeli wieszasz wysoko pranie, albo mieszasz w gorącym garnku? Macie świetną okazję do tego, by porozmawiać, pośpiewać, pouczyć się kolorów, czy w przypadku przedszkolaka – po prostu posłuchać jego niestworzonych opowieści.
Czas spędzony w ten sposób z całą pewnością nie jest czasem straconym – wręcz przeciwnie. Dziecko czuje, że ma mamę, a mama nie tworzy podczas zabawy listy rzeczy, które będzie musiała zrobić, kiedy wreszcie potomek pójdzie spać. Wspólne wykonywanie obowiązków domowych wdraża dziecko do samodzielności, uczy go, że czyste pranie, jedzenie etc. nie bierze się znikąd, że czynności domowe to ciężka praca godna szacunku.
O tym, jak wartościowy jest czas spędzony z dzieckiem zupełnie nie decyduje to, co wspólnie robicie – o wiele ważniejsze jest czy robicie to razem i czy potraficie cieszyć się swoim towarzystwem nie zważając na niedoskonałości i niedokładność, która nieodłącznie wiąże się z dziecięcą pomocą.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Zmień to, co możesz - trochę inne spojrzenie na samokontrolę

Wszelkie sensowne poradniki dotyczące diety, czy zmiany nawyków żywieniowych zaczynają się od
jednej prostej rady. Każą mianowicie usunąć z szafek słodycze i wszystkie niezdrowe przekąski. Dzieje się tak nie bez powodu. Nasza silna wola ma swoje ograniczenia. Nasze działania są przemyślane tylko w ograniczonym stopniu. Świetnie ilustruje to jedno z klasycznych doświadczeń psychologii społecznej - pracownicom wręczono pudełko czekoladek i patrzono jak często po nie sięgają.
Wiecie co najbardziej wpłynęło na liczbę zjedzonych czekoladek? Nie charakter, waga czy inne stałe cechy tych kobiet. Czynnikiem decydującym była ich dostępność. Te panie, które położyły pudełko na biurku sięgały po czekoladki zdecydowanie częściej, niż te, które miały je w szafie o metr od biurka. Te, które miały je pod ręką po prostu po nie sięgały nawet nie wiedząc, że to robią. Te, które musiały przerwać pracę, by zjeść słodycz rzadziej się na to decydowały, dlatego, że musiały się na to zdecydować - zjedzenie cukierka wiązało się z podjęciem aktywności.
Zwróćcie uwagę, że piszę o normalnych, zdrowych, całkowicie przeciętnych, DOROSŁYCH ludziach. W dodatku wychowanych w nieco innej kulturze, która nie dostarczała nieustannie natychmiastowej gratyfikacji, bo pochodzą one sprzed kilkudziesięciu lat.
A teraz przyjrzyjmy się, czego bardzo często oczekujemy od dzieci: mają one mieć dostęp do komórki, ale mają kontrolować. Mają mieć w zasięgu ręki tablet, pilot i mają być wystarczająco zdyscyplinowane, by po nie nie sięgać. Mają mieć w domu słodycze, ale po nie nie sięgać. Mają się nauczyć kontrolować pod każdym względem. Problem w tym, że w przypadku dzieci 2 letnich, a często i 12 letnich to nie działa. Jasne - czasem tak, bo mózg dojrzewa w różnym tempie u różnych ludzi.
Bardzo często spotykam rodziców pragnących wychować dzieci o silnej samokontroli pragnących by dzieci panowały nad swoimi zachciankami i myślały nad tym, co robią. Jest to bardzo chwalebne, ale...
Po pierwsze - szanuj siebie. Nie utrudniaj sobie życia! Jeżeli możesz uniknąć ciągłego zwracania dziecku uwagi to po prostu tego uniknij. Naprawdę nie warto podporządkowywać życia temu, żeby dziecko nauczyło się nie dotykać pilota, nie bawić wazonami rozłożonymi na najniższej półce, nie wyciągało ciągle makaronu z kuchennej szafki. Tego jest za dużo, a każdy rodzic ma lepsze rzeczy do roboty (na przykład miłe spędzanie czasu z dzieckiem!) niż ciągłe upominanie go.
Po drugie - ważne, żeby dzieci nauczyły się najpierw ważnych rzeczy - niewkładania palców do kontaktu, nie wybiegania na jezdnię i paru innych. To też wymaga samokontroli, a jest ważne. I w dodatku nie da się zmienić - nie zlikwidujemy wszędzie gniazdek i ruchu ulicznego.
Po trzecie tego się nie da zrobić. Niektóre rzeczy mają nieodpartą siłę przyciągania nawet dla dorosłych. Nam samym trudno powiedzieć sobie dość. Marnujemy czas na FB, przed ekranami, zjadamy całą tabliczkę zamiast kostki czekolady. Nie możemy wymagać, żeby dzieci były od nas mądrzejsze i bardziej dojrzałe. Po pierwsze to nierealne, po drugie zwyczajnie nie fair.
Po czwarte - kompetencje rozwijają się poprzez sukcesy, a nie porażki. Jeżeli ułatwimy dziecku zadanie i sprawimy, że zdoła odnieść sukces, następnym razem w trudniejszej sytuacji też spróbuje. Jeżeli postawimy poprzeczkę tak wysoko, że sukces będzie niemożliwy, dziecko nie uwierzy, że w ogóle jest w stanie go odnieść, więc nie będzie próbować. Dodatkowo, uzna, że jest w tym beznadziejne, i że "tak po prostu ma i wszyscy muszą to zaakceptować".
A zatem co? Są dwa rozwiązania, które zastosowane razem czynią cuda. Część pierwsza jest łatwa i pozwala głęboko odetchnąć:
Jeżeli nie możesz zmienić zachowania zmień otoczenie.
Nie chcesz ciągle zabierać dziecku tabletu? Odkładaj go wysoko. Wyłącz go. Załóż blokadę. Nie chcesz, żeby dziecko jadło słodycze/wyżerało z lodówki jogurty, etc? Nie kupuj ich. Boisz się, że stłucze szklane bibeloty, czy stolik? Wynieś to na strych, do piwnicy. Za 10 lat wrócą. Ułatw sobie i dziecku życie.
Często się stykam tu z pytaniem: ale dlaczego ja mam zmieniać swoje otoczenie pod dziecko? Bo ono jest dzieckiem. Bo tak łatwiej. Bo jesteś rodzicem i tobie łatwiej się dostosować, niż jemu. Bo może ono za 40 lat wybuduje rampę, żebyś mógł wjechać na wózku do jego domu. To nie jest rozpieszczanie dziecka, tylko branie na siebie odpowiedzialności za wasze dobre samopoczucie. No i druga strona medalu. Ta trudniejsza:
Zacznij od siebie.
Jeżeli chcesz, żeby dziecko się kontrolowało daj mu dobry przykład. Odłóż komórkę po wejściu do domu i zerkaj  na nią, aż dziecko pójdzie spać. Wyłącz telewizor w momencie, gdy skończy się Twój ulubiony program. Zjedz tylko 1 ciasteczko. Przeczytaj książkę zamiast obejrzeć kolejnego odcinka serialu. Jeżeli my dorośli zaczniemy nad sobą pracować, będziemy dawać dobry przykład, a zarazem ułatwiać sobie i dzieciom realizację takich zachowań, to one nauczą się tej samokontroli. Bo zobaczą, że można.

niedziela, 7 stycznia 2018

Skąd się bierze samodzielność?

Pytanie w tytule wydaje się być banalne, ale czy na pewno? Rozmawiając z otaczającymi mnie ludźmi wcale nie wydaje mi się, że jest to proste. Mam wrażenie, że ogromna część rodziców oczekuje, aż rzeczona samodzielność „przyjdzie”. Że jest ona czymś, co pojawi się z dnia na dzień, że dziecko nagle zacznie robić wiele rzeczy samo z siebie, gdy po prostu będzie do tego wystarczająco dojrzałe. Równocześnie ci sami rodzice stoją nad dziećmi godzinami prosząc, błagając, strasząc, żeby tylko dziecko zrobiło zadanie domowe. Sprawdzają gimnazjalistom zeszyty, a nawet plecaki, czy aby na pewno nic dziecku nie umknęło. Szykują dzieciom kanapki i dbają, by dzieci w takim wieku, że, które jeszcze kilkanaście lat temu same chodziłyby po zakupy i wracały ze szkoły z kluczem na szyi nie były przypadkiem same w domu, a już broń boże, żeby nie próbowały robić sobie herbaty. Zdaję sobie sprawę, że wszystkie te zachowania biorą się z miłości, z chęci bycia dobrym rodzicem, zapewnienia dziecku tego, co ważne i potrzebne. Osoby, które się tak zachowują naprawdę pragną być dobrymi rodzicami. Problem w tym, że dając tyle z siebie dostarczają sobie i dziecku ogromnych dawek frustracji, bo niestety do samodzielności się nie dorasta. Oczywiście, ze dziecko nie zacznie chodzić, jeżeli nie jest na to gotowe. Ale nie zacznie też chodzić, jeżeli cały czas będzie noszone, albo przypięte pasami do fotelika. Żeby nauczyć się chodzić trzeba najpierw raczkować, potem stawiać pierwsze kroki i milion razy się przewrócić.


Samodzielność zdobywamy tak samo. Zanim dziecko będzie w stanie samo ugotować obiad musi mieć możliwość zbić jajka na jajecznicę, zalać herbatę, zapalić zapałkę. Zanim samo wyjedzie na wakacje potrzebuje zostawać w domu bez opieki, szykować sobie kanapki, trafić ze szkoły do domu. I oczywiście nieraz dziecko zrobi coś źle. Jajecznica się przypali, zapałka poparzy, dziecko zagada się z koleżanką i będzie wracało do domu okrężną drogą. Jasne, że rodzice by tą samą jajecznicę zrobili o wiele lepiej, że kanapka byłaby bardziej estetyczna, a dom mniej zabałaganiony. Ale przecież dziecko potrzebuje uczyć się na własnych błędach. Popełnianie błędów jest dobre i potrzebne. Nigdy nie uczy się tak wiele o świecie i sobie samym, jak właśnie wtedy, gdy popełnia błędy i musi je naprawiać.
A, że kosztuje nas to wiele nerwów? Że zamartwiamy się patrząc na zegarek, gdy dziecko samo wraca? Że patrzymy z przerażeniem, na trzymany przez nie ostry nóż? Cóż – jesteśmy dorośli i powinniśmy sobie radzić ze swoimi lękami, może potrzebujemy wsparcia? Powinniśmy także przyzwyczajać się do niepewności, lęku, braku kontroli nad tym, co się dzieje. Na tym właśnie polega rodzicielstwo. Na cofaniu się o mały krok każdego dnia. Na tym, że oddajemy pola i martwiąc pozwalamy coraz dojrzalszym „dzieciom” na popełnianie coraz większych błędów. Na przytulaniu, zaklejaniu plastrem skaleczonych palców i złamanych serc i pomaganiu w wyciągnięciu własnych wniosków. Pewnego dnia nasze pisklaki opuszczą gniazdo i od nas zależy, czy będą w stanie sobie poradzić, czy daliśmy im wcześniej wystarczająco wolności, by mogły być samodzielne. A martwić będziemy się i tak. Martwią się nasze mamy. Martwią nasze babcie. Martwiły nasze prababcie – decydując się na dziecko decydujemy się na zamartwianie. Nie mamy jednak prawa, zmniejszać naszych zmartwień kosztem dzieci.
Samodzielność sama nie przyjdzie. Trzeba pozwolić dziecku ją budować – nie poprzez aktywne działanie, ale przez aktywne powstrzymywanie się od działania.

wtorek, 2 stycznia 2018

Jakie ty możesz mieć problemy, przecież jesteś dzieckiem!

Uwielbiam książki Ericha Kestnera. Czytając je (lub słuchając, co łatwiejsze, bo w ostatnim *) zupełnie nie czuć, że zostały napisane przed blisko stu laty. Co więcej, podejście autora do dzieci do dziś jest rzadkie – są tam traktowane serio, bez patrzenia z góry, z pełną empatią i zrozumieniem. Szczególnie zachwyciła mnie przedmowa do „Latającej Klasy”, w której pisze o tym, że dzieci wcale nie są z zasady szczęśliwe i tragedie przez nie przeżywane wcale nie są mniejsze od tych dorosłych. No i właśnie o tym, że małe dzieci wcale nie mają małych problemów.
dziesięcioleciu wydane zostały wyłącznie w formie audio
Niestety nie jest po przekonanie powszechne, o czym niedawno przyszło mi się przekonać w pracy. Niestety niektórzy rodzice nie uświadamiają sobie, że dzieci miewają problemy i to bardzo poważne. Co więcej dla nich samych są to problemy często o wiele większe niż dla dorosłych. Dzieje się tak z dwóch powodów. Po pierwsze dzieci mają ograniczone możliwości w radzeniu sobie z problemami. Z jednej strony dlatego, że ich mózg nie jest jeszcze w pełni dojrzały (nie jest taki do 18 a według niektórych autorów nawet do 25 roku życia!), nie mogą wpływać na swoje emocje równie skutecznie, nie mogą nabrać do problemów dystansu. Doświadczyły w swoim życiu mniej, mają mniejsze doświadczenie w rozwiązywaniu problemów, mniejszy także mają zakres dostępnych strategii. Z tego powodu problemy, które dla nas – dorosłych wydają się niewielkie mogą po prostu dziecko emocjonalnie, a nawet poznawczo przerastać.
Po drugie dzieci mają o wiele mniejszą możliwość manewru. Jakby nie patrzeć dorosły mając problem może zrobić bardzo wiele – od telefonu do przyjaciela, wizyty u terapeuty, zmianę pracy po zakup nowych butów. Tak naprawdę możliwości jego są ograniczone tylko wyobraźnią i zasobnością portfela. W przypadku dziecka jest zupełnie inaczej, bo ma przecież bardzo ograniczony wpływ na własne życie. Dziecko nie może zdecydować o niepójściu do szkoły, o niewidzeniu eksprzyjaciółki, o niemieszkaniu w pokoju z siostrą, z którą się pokłóciło. Tak naprawdę nie ma nawet jak szukać wsparcia na własną rękę. Jeżeli problem dziecko przerasta (a jest to bardzo częste) ono po prostu potrzebuje wsparcia u osób, które są najbliżej, czyli rodziców.
Rolą rodziców jest właśnie tego wsparcia udzielić okazując przy tym delikatność i szacunek. W większości przypadków (nawet dorosłych!) najlepszym co możemy zrobić dla drugiego człowieka, to po prostu go przytulić. I to jest właśnie to, czego potrzebuje dziecko w kłopocie. Drugą rzeczą jest wysłuchanie go – jeżeli tylko chce mówić. Łączy się to z jedną z najgorszych, choć najczęściej stosowanych strategii, czyli przesłuchaniem. Zanim zadamy dziecku jakieś pytanie zastanówmy się, po co to robimy. Czy chodzi o udzielenie dziecku wsparcia – realną pomoc, czy o zaspokojenie własnej ciekawości i uspokojenie swoich nerwów? Jeżeli chodzi o pierwszą kwestię – wytłumaczmy dziecku dlaczego chcemy wiedzieć co się stało i pozwólmy mu zdecydować czy i ile chce nam opowiedzieć. Jeżeli o drugą – dajmy sobie spokój. Jesteśmy dorośli, możemy trochę poczekać. Jeżeli dziecko nie chce mówić, pewnie ma ku temu powód. Najprawdopodobniej właśnie taki, że potrzebuje empatii i pomocy, a nie zaspokajania potrzeb dorosłego.
No i rzeczą, której na pewno nie potrzebuje jest ocena tego, czy problem jest duży, czy mały. Dzieci często miewają bardzo dorosłe problemy, których w ogóle nie są w stanie konstruktywnie rozwiązać. Często też mają problemy na miarę swojego wieku i te też są dla nich bardzo dużymi problemami – czy chodzi o zostanie w przedszkolu, kłótnię z koleżanką, czy odtrącenie przez rówieśników. To są duże problemy, z perspektywy dziecka – wręcz ogromne i dorosły ma obowiązek to uszanować. Jeszcze nikt nigdy nie przedefiniował spojrzenia na swoje problemy, dlatego, że zostały uznane za małe lub głupie. Co najwyżej uznał, że sam jest głupi, że nie potrafi sobie z tym poradzić. A głęboko wierzę, że żadnemu rodzicowi taki cel nie przyświeca.
*Przez wydawnictwo Jung-off-ska, genialnie przeczytane przez Piotra Fronczewskiego

sobota, 16 grudnia 2017

Narzędzia w wychowaniu bez nagród i kar

Bardzo często rodzice czują się zagubieni i pozbawieni narzędzi wychowawczych. Zdarza się to bardzo często wtedy, gdy rodzice, którzy sami wychowywali się w surowych domach pragną zgotować swoim dzieciom zupełnie odmienny los i świadomie postanawiają zrezygnować ze stosowania kar i nagród na rzecz „innej” strategii. Ta inność niekiedy przybiera cechy bezsilności i działania chaotycznego.
Paradoksalnie pod tą samą ścianą stają często rodzice, którzy podejmują inną decyzję – ci, którzy używają nagród i kar, lecz w pewnym momencie dziecko zaczyna wchodzić w okres dojrzewania (choć nie jest to konieczne, bo zdarza się i u dzieci młodszych) i nagrody i kary najpierw zaczynają się dewaluować, a później całkiem tracą moc oddziaływania i zmieniania zachowania dziecka.
Jedni i drudzy rodzice znajdują się wtedy w podobnym miejscu – czują, że aby cokolwiek zmienić musieliby sięgnąć po narzędzia, po które sięgać nie chcą (krzyki, bicie itp.), a z drugiej strony nie mogą już znieść sytuacji, w której tracą nie tylko kontrolę, ale jakikolwiek wpływ na to, co dzieje się z ich, często bardzo jeszcze młodym, potomstwem. W swoim mniemaniu nie są w posiadaniu skutecznych narzędzi. Tak naprawdę nie jest to jednak prawda – przynajmniej połowę z tych, które są nie tylko niezbędne, ale i wystarczające – mają w garści. Tyle tylko, że nie umieją ich użyć.
Pierwszym z narzędzi jest miłość, która sprawia, że się troszczymy i martwimy, że pomagamy, i podnosimy po kolejnych upadkach. Niektórym łatwo jest po nią sięgnąć innym trudniej, ale generalnie zdecydowana większość rodziców i chyba wszyscy, z którymi miałam w życiu do czynienia mieli jej dla swoich dzieci pod dostatkiem. Problem w tym, że często uczucie to bywa bardzo asymetryczne – skierowane na wszystkich wokoło – na dzieci, męża, często na własnych rodziców, ale nie na siebie. I właśnie w tym tkwi często problem. Trudno nakłonić do współpracy kogoś, kto wie, że kochamy go bezwarunkowo, jednocześnie samym sobą wysyłając sygnały, że my sami na takową miłość nie zasługujemy. Aby ludzie wokół nas traktowali nas dobrze, my sami powinniśmy siebie dobrze traktować. Tak dobrze, jak inne osoby, które kochamy.
Bardzo podobny problem jest z drugim narzędziem, jakim jest szacunek, tylko, że tutaj szalki wagi wychylają się w obie strony. Część rodziców głęboko szanuje swoje dzieci jako osoby, darzy szacunkiem także ich potrzeby i robi wszystko, by umożliwić dziecku zaspokojenie ich. Nie darzy jednak tym samym uczuciem samego siebie i nie dąży do zaspokojenia własnych potrzeb. Powstaje wtedy niebezpieczna sytuacja, gdy jedna osoba znajduje się w centrum, wierząc, że reszta świata istnieje, by ułatwiać mu życie. Tak wychowywane dziecko trudno skłonić do współpracy, bo ono nie ma pojęcia po co miałoby współpracować.
Inaczej wygląda, gdy dziecko nie jest szanowane. Bardzo ważne jest zwrócenie uwagi, że wiele bardzo kochanych dzieci wcale nie jest darzonych należnym szacunkiem. Są one upominane, publicznie sztorcowane, karane, zawstydzane dlatego, ze rodzice ich kochają i chcą, by wyrośli na „porządnych” ludzi. Takie dzieci także odmawiają współpracy z rodzicem. Nie chcą słuchać kogoś, kto nie okazuje mu szacunku, nie mają nawet ochoty zagłębiać się w to, czy są kochane, czy nie. Po prostu aby zachować szacunek wobec siebie samych muszą sprzeciwić się takiemu traktowaniu. Często doprowadza to rodziców do desperacji, szukają kolejnych metod, które z kolei sprawiają, ze opór dziecka rośnie.
Zanim zatem zatem ktokolwiek zacznie szukać cudownych metod, czy tricków wychowawczych powinien spojrzeć na swoje myśli i uczucia i odpowiedzieć sobie szczerze na kilka pytań.
Kogo kocham?
Czy wśród kochanych przeze mnie samego osób znajduję się ja sam? Czy jestem dla siebie wystarczająco ważny by zwracać uwagę na to, gdy ktoś przekracza moje granicę? Czy jestem dla siebie na tyle ważny, by je chronić?
Kogo szanuję?
Czy darzę szacunkiem swoje dziecko? Czy szanuję jego potrzeby? Czy mam w sobie zgodę na to, by ono samo traktowało swoje potrzeby poważnie? Czy szanuję siebie? Czy pozwalam sobie samemu traktować poważnie swoje potrzeby? Czy mam w sobie zgodę, by czasem stawiać na piedestale potrzeby własne, a czasem innych ludzi, także dzieci?
Po przeanalizowaniu tych pytań i szczerej na nie odpowiedzi najczęściej uchwycić można przyczynę dla której czujemy się przyparci do muru. Jeżeli w którymkolwiek przypadku szalki wagi wyraźnie wychylają się w którąż ze stron, to zanim zaczniecie czytać książki zawierające „metody wychowawcze” spróbujcie poszukać sposobu na wyrównanie tych szal. Nawet, jeżeli nie ma prostego sposobu na pokochanie siebie, można zacząć od prostej rzeczy – okazywania sobie od czasu do czasu tego uczucia – pozwalania sobie na chwile słabości, lenistwa, czy zwyczajnego odpoczynku. Jeżeli okazało się, ze brakuje szacunku do dziecka , można spróbować go lepiej poznać, spojrzeć jak na interesującego obcego – kogoś, kto po prostu jest, a nie kto ma się w każdej chwili stawać tym, kim chcielibyśmy go widzieć. Wtedy łatwiej będzie obdarzyć go większym szacunkiem. Zmieni się nasze zachowanie – to co myślimy i czujemy zmieni to, co i jak mówimy. Zmieni się zatem i nasza relacja z dzieckiem, a co za tym idzie jego zachowanie. Bez metod i technik rodem z laboratorium.

poniedziałek, 11 grudnia 2017

O „fińskim modelu edukacji” po lekturze książki „Fińskie dzieci uczą się najlepiej”

O fińskiej edukacji pisze się ostatnio dużo. Są artykuły (głównie opiewające cudowne wyniki
egzaminów PISA), są infografiki, które próbują przedstawić fiński system nauczania w pigułce kładąc nacisk na jego wyjątkowość i nowatorstwo. Wydaje się, że bardzo wielu ludzi próbuje znaleźć tą cudowną metodę, która czyni tamtejsze dzieci wyjątkowymi, dzięki której „uczą się najlepiej”. W tym całym zalewie zachwytu fińskością trafiamy na książkę, która bardzo mocno ściąga nas na ziemię. A robi to dlatego, że pokazuje, że tu nie chodzi o żadne nowoczesne metody, systemy, żadną rewolucyjność. Właściwie po tej lekturze wydaje mi się, że całą magię tamtejszej edukacji można zamknąć w jednym słowie: SZACUNEK.
Pewnie w tym momencie wielu czytelników pomyśli „no tak, bo te nasze dzieci nie szanują dziś nauczycieli”, więc od razu uprzedzam to zupełnie nie o to chodzi. Dzieci są na samym końcu łańcucha pokarmowego i to, czy one kogoś szanują wynika z tego, co dzieje się o wiele wyżej. Zacznijmy więc od góry, a mianowicie od ministerstwa edukacji, które szanuje zawód nauczyciela. I okazuje to na wiele sposobów. Po pierwsze mocno ogranicza liczbę ludzi, którzy mogą nauczać i wychowywać młode pokolenie. Jest to zawód elitarny, którego uczyć mogą tylko najlepsze uniwersytety (a nie, jak u nas w kraju setki prywatnych szkół, gdzie otrzymanie dyplomu jest kwestią formalności i można go mieć nie widząc dziecka na oczy). Trzeba się zatem natrudzić, by na takie studia się dostać i je ukończyć. Gdy się to jednak zrobi i otrzyma pracę można liczyć na godną pensję. Nauczyciel nie zarabia tyle co lekarz, czy prawnik, ale różnica między ich zarobkami to nie jest absolutna przepaść. Nauczyciel nie musi zatem dorabiać (nie bardzo miałby gdzie, bo korepetycji nie ma). Zamiast tego może po prostu odpocząć na tyle, by następnego dnia przyjść do szkoły naprawdę będąc gotowym do pracy. A odpoczywać rzeczywiście ma kiedy, bo spędza w szkole (i rzeczywiście pilnuje się, by spędzał tyle, nie więcej) 24 godziny w tygodniu, z czego tylko 18 jest dydaktycznych.
Co jest wielkim zaskoczeniem, czasu w domu również zazwyczaj nie musi poświęcać pracy, bo nie realizuje żadnego wyszukanego programu. Większość tamtejszych nauczycieli pracuje z podręcznikami i ćwiczeniami, więc wszelkie inne działania są po prostu dodatkiem, nie codziennością i nie spędzają snu z powiek.
Szacunek wobec nauczyciela ma też dyrekcja, która stara się go wspierać, ale też pilnuje, by wychodził o właściwej porze. Szacunek ma też rodzic. Nauczyciel jest w Finlandii uważany za specjalistę od swojej pracy, a zatem rodzice nie ingerują zazwyczaj w sposób nauczania. Nauczyciel odnosi się do nich z szacunkiem, ale nie musi im nadskakiwać, a rodzice w zamian mu ufają, wiedząc, że w razie potrzeby zostaną o ważnych kwestiach poinformowani.
Klimat ten sprawia, że wzajemny szacunek panować może również między nauczycielem a uczniem. Z naciskiem na tego ostatniego, bo tam uczniowie mają rzeczywiście prawa, które są respektowane. Przy czym nie koniecznie wygląda to tak różowo, jak pokazują infografiki, bo przykładowo zadania domowe w Finlandii są. Zasada jest taka, że nie są to miliony odtwórczych ćwiczeń, ale krótkie zadanie, które dziecko może i powinno wykonać całkowicie samo w wolnym czasie, którego mu nie brakuje. Lekcji bowiem jest tam mało, a na każde 45 minut spędzonych w klasie przypada 15 minut przerwy obowiązkowo spędzanej na dworze (chyba, że temperatura spada do -15 stopni). W tym czasie nauczyciel rozmawia z kolegami w pokoju nauczycielskim i pije kawę.
Podstawową zasadą w odniesieniu do dzieci w szkole jest ich dobre samopoczucie. Dziecko ma być tam szczęśliwe i bezpieczne. Ma być możliwie mało zestresowane i wypoczęte. I wcale nie oznacza to braku sprawdzianów. Nie ma ogólnokrajowych testów, ale nauczyciele robią sprawdziany. I do złudzenia przypominają one sprawdziany, jakie pisano w polskich szkołach 20 lat temu. Nie są to testy wyboru, tylko pisemne odpowiedzi na pytania zaczynające się od „dlaczego?”. Podobieństw do systemu, który pamięta moje pokolenie jest zresztą więcej. Dzieci piszą w zeszytach, rzadko używa się elektroniki i nauka odbywa się na linii uczeń – nauczyciel, bez aktywnego udziału rodziców. W takiej szkole szacunek ucznia do nauczyciela jest czymś naturalnym. Nie trzeba go uczyć, czy wymuszać, dlaczego bowiem dzieci miałyby nie szanować ludzi, którzy chcą z nimi współpracować i dbają o ich dobrostan?
Czytając tą książkę najpierw odczuwałam coraz większe zdziwienie, a później frustrację, bo okazało się, że wszystkie polskie reformy ostatnich 25 lat właściwie szły zupełnie nie w tą stronę, w którą powinny. Okazało się, że szkoła jaką pamiętam była całkiem niezła i zamiast ją dzielić, scalać, wprowadzać dodatkowe egzaminy, wprowadzać nowoczesne metody, trzeba było pójść w zupełnie innym kierunku. Trzeba było znaleźć sposób, na wprowadzenie do szkół wzajemnego szacunku. Co prawda musiałby on iść tak, jak w Finlandii, z góry, ale to mogło by się wtedy udać, bo nauczyciel miał autorytet. Gdyby naszą starą szkołę doprawiono szczyptą szacunku, byłaby ona właściwie szkołą fińską. A tak stała się bardziej kolorowa, lepiej kontrolowana, ale moim zdaniem wcale nie lepsza.