czwartek, 7 kwietnia 2016

Nie ma żadnych "dzieci"!

Czas jakiś pracuję w różnych instytucjach zajmujących się opieką nad dziećmi i ich edukacją i jednego jestem pewna. Prawie wszyscy chcą dobrze. Rodzice chcą dla swoich dzieci jak najlepiej, nauczycielom też często zależy, już nie mówiąc o dzieciach, które chcą kochać jednych i drugich. A mimo to jakoś nie zawsze to wychodzi. Przyczyn są pewnie tysiące i były one odmieniane w wielu publikacjach przez wszystkie przypadki. To, o czym piszę pewnie też, a mimo to klątwa „dzieci” wciąż ma się dobrze.
O co mi właściwie chodzi. No właśnie o „dzieci” - czyli sposób, w jaki nauczyciel zwraca się do grupy przedszkolnej, czy szkolnej klasy. Pragnąc zwrócić na siebie uwagę garstki, która nie słucha mówi „dzieci” zwracając się do wszystkich, czyli do nikogo. Mówiąc o swojej grupie, czy klasie też często mówi, że ma problem właśnie z grupą, czy klasą. Klasa jest trudna, w tej klasie trudno się pracuje.
No i pewnie to jest prawda – tą konkretną klasą może jemu trudno się pracuje, ale takie podejście niczego nie zmieni, nie ma możliwości naprawy. Dokładnie tak samo, jak na wołanie „dzieci” odwrócą się ci, którzy słuchają nauczyciela i którzy nie są akurat zajęci czym innym. Oni nie usłyszą.
Nie da się „pomóc klasie” to tak nie działa. Żadne z dzieci nie definiuje siebie jako jedno z „dzieci”. Każde z nich ma imię i nazwisko, ma rodzinę i swoje problemy. Im więcej trudności sprawia w klasie tym, z reguły te problemy niezwiązane ze szkołą są często większe. Żadne dziecko nie ma celu w postaci „przeszkadzania” w klasie. Większość z nich chce uwagi nauczyciela, woła o nawiązanie relacji, o wysłuchanie. Często szkoła stwarza możliwości domagania się bliskości dorosłego, jakich nie ma w domu. Stwarza okazję do błagania o to, by zostać wysłuchanym, gdy w domu dziecko bywa rzadko, a rodzice nie mają czasu, możliwości, siły, czy kompetencji, by dać bliskość i zainteresowanie, by wysłuchać dziecka. Jeżeli od rodziców nie da się tego uzyskać, to zostaje nauczycielka w przedszkolu, czy szkole. No i niezawodny sposób na uzyskanie jej uwagi „przeszkadzanie”, czy wchodzenie w konflikty.
To dlatego „dzieci uspokójcie się” nie działa. To dlatego kary nie działają. Nikt nie chce być traktowany wyłącznie jako element (pasujący lub nie) układanki, jaką jest klasa. Każdy potrzebuje (właśnie nie tyle chce, co potrzebuje) być traktowany jako on sam – wyjątkowy. Dzieci, które dostają to w domu, bez proszenia radzą sobie łatwo, bo im nauczyciel jako bliska osoba jest o wiele mniej potrzebny. Jeżeli jednak jest inaczej domagają się tego od dorosłego, który jest w zasięgu. Dlatego są „trudni”, „niegrzeczni”, „nie współpracują”, czy „przeszkadzają” chcą być wyróżnieni choćby poprzez karę.
Jeżeli jednak naszym celem jest poprawa funkcjonowania całej klasy, musimy skupić się na poprawie funkcjonowania poszczególnych, pojedynczych dzieci. Na tym, by poczuły się dobrze, by były ważne, zrozumiane, wysłuchane. One szczególnie silnie pragną relacji i szczególnie trudno im w nią wejść, bo w którymś momencie z jakiegoś powodu doznały zawodu. Tylko, że to wymaga od nauczyciela porzucenia postawy „pedagogicznej” i zmiany perspektywy. Już nie „dzieci, nie klasa, nie grupa, ale konkretne jednostki z konkretnymi problemami, które poprzez zachowanie błagają o wsparcie w rozwiązaniu ich.
Nie jest prawdą, że nie ma na to czasu. Właśnie, że jest. Patrząc z perspektywy długofalowej czas, jaki nauczyciel poświęca na uspokajanie „dzieci”, jaki marnuje powtarzając po piętnaście razy to samo, by „wszyscy” usłyszeli – to ten sam czas, jaki zajęłoby mu podejście do konkretnego ucznia i powiedzenie to do niego, porozmawianie z nim osobiście, z jego poziomu. A nawet jeśli nie, to i tak warto poświęcić na to więcej czasu, bo gdy relacja będzie nawiązana, dzieci będą po prostu bardziej gotowe do współpracy, bardziej chętne do tego, by pracować, uczyć się. Relacja z nauczycielem oparta na zaufaniu, a nie na walce daje korzyść wszystkim zarówno dzieciom, które dotąd toczyły z nauczycielem wojny, bo wreszcie nie muszą, czują się dobrze, wiedzą, że gdy zajdzie potrzeba zostaną wysłuchane. Nauczycielowi – bo wie, czego może się spodziewać, wie, że nikt nie jest przeciwko niemu, że jego praca polega na byciu z, nie przeciw. Ale także pozostałym członkom grupy, które mogą pracować w spokoju, niewybijane co chwilę z koncentracji przez nauczyciela strofującego innych uczniów. Oni także mogą iść do szkoły z wiarą, że ich problemy nie zostaną ukarane, że mogą zwrócić się z nimi do nauczyciela, który się nad nimi pochyli.
To się po prostu opłaca wszystkim. Dlatego warto spróbować. Zamiast stać – ukucnąć, zamiast krzyczeć do wszystkich – szeptać. Zamiast karać – wysłuchać. Nawet w dwudziestokilkuosobowej klasie, czy grupie. Nie jest to łatwe, ale daje efekt lepszy, niż metody pedagogiczne, kary, nagrody i wszelkie inne formy zewnętrznej motywacji.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

"Zakazane ciało"

„Zakazane ciało” Diane Ducret czytałam ledwie dwa tygodnie temu. Nie zmierzałam o nim tutaj pisać, bo to przecież nie na temat zupełnie. No i nagle okazało się, że jak najbardziej na temat, jak najbardziej jest to lektura na dziś i wcale nie taka historyczna, jak mogłoby się wydawać.
Książka ma podtytuł ”Historia męskiej obsesji”, jednak tak naprawdę dałoby się wymyślić kilka bardziej moim zdaniem adekwatnych, na przykład „historia męskiej pogardy”, „męskiego lęku”, albo chyba najbardziej na czasie „męskiej głupoty”. To opowieść o tym, jak bardzo długo i z jakim trudem kobiety zyskiwały, a nierzadko wywalczały sobie prawo do tego, żeby po prostu być. Być człowiekiem, czymś więcej, niż żałosną obudową do macicy, dodatkiem do sromu (swoją drogą uroczy źródłosłów ma u nas to słowo, prawda – ten sam, co sromotna klęska), który był jednocześnie pożądany, obrzydliwy i właściwie gdyby nie to, że wygodniejszy niż ręka, to właściwie lepiej byłoby, żeby go nie było. Wtedy nie byłoby zagrożenia, że seks sprawi kobiecie przyjemność, że sama ją sobie sprawi, że nie dochowa cnoty, którą powinna, a właściwie musi zachować dla męża.
Najbardziej nieprawdopodobnym w tej książce jest nie to, że przez ostatnie dwa i pół tysiąca lat kobieta musiała wstydzić się, że jest kobietą. Że fakt menstruacji była tak z jednej strony kompromitujący, z drugiej strony nudny, z trzeciej obrzydliwy, że przez setki lat nikt nie próbował nawet zainteresować się wynalezieniem czegokolwiek, co choć trochę ułatwiłoby kobietom życie. Że musiała być uległą i podległą, że musiała rodzić, bo tak jej kazał mąż, biskup, papież, czy jakikolwiek inny mężczyzna. Do tego, że przez większą część historii było naprawdę fatalnie, żeby nie rzec tragicznie jesteśmy przyzwyczajeni. Wiemy o sufrażystkach, o walce o prawo głosu itp.
To wszystko jakoś tam funkcjonuje. Najgorszym moim zdaniem jest fakt, że żadna z wywalczonych rzeczy nie jest nam tak naprawdę dana na zawsze. Każdy aspekt kobiecej seksualności musi być na nowo definiowany zgodnie z oczekiwaniami mężczyzn, musi być przez nich kontrolowany. I nawet, jeżeli zyskujemy jakieś prawo, to trzeba być czujnym, bo w każdej chwili możemy je stracić.
Ostatni rozdział książki zatytułowany jest „Trudna wolność” - autorka- Francuzka pisze w nim o tym, co kobiety ostatnio zyskały i z czym muszą się borykać. Nie pisze jednak o tym, że mężczyźni wciąż nie pogodzili się z tym, że mamy jakiekolwiek prawa. Że trudna wolność, to nie zawsze wybór środków antykoncepcyjnych, czy decyzja o posiadaniu dziecka lub nie. Pisze o tym, jak niejednoznaczna jest wolność, jak rosną oczekiwania w związku z tym, że każdy mężczyzna widział już wiele „idealnych ciał”. Nie pisze jednak o tym, że jeżeli choć na chwilę złożymy broń, to zawsze znajdą się tacy, którzy znajdą milion powodów, żeby nam to, co wywalczyły nasze przodkinie odebrać. Może nawet jej nie mieściło się w głowie, że wielu mężczyzn nadal śni o władzy absolutnej – nad macicą, łonem, prokreacją i cywilizowanym państwie w środku Europy będą próbowali mówić kobietom, że rodzić muszą.
To, co budzi nadzieję, to opisy sukcesów. Pokazują, że kobiety mają w sobie siłę i mogą walczyć i to walczyć skutecznie nie tylko o swoje prawa, ale także o pokój i bezpieczeństwo. Tylko musi ich być dużo. Naprawdę dużo, bo tylko dzięki skoordynowanym działaniom i krzykowi z wielu gardeł rządzący gotowi są usłyszeć sprzeciw. Tylko wtedy gotowi są wziąć pod uwagę zdanie i wolę kobiet.

sobota, 2 kwietnia 2016

Po prostu nie

Nie wiem, czy właściwie jest jeszcze coś do napisania, po tym wszystkim, co dzieje się w Internecie, ale ja też nie jestem w stanie tego przemilczeć. W kraju, w którym matki dzieci niepełnosprawnych skazane są na wegetację i poświęcenie wszystkiego dzieciom, po których śmierci pozostają tylko z długami, bez środków do życia. W kraju, w którym jako jednym z niewielu państw w Europie mamy wciąż jeszcze domy dziecka. W kraju, w którym niby panuje demokracja, a konstytucja gwarantuje rozdzielność kościoła od państwa księża próbują nam mówić, że mamy rodzić dzieci, które nie przeżyją poza macicą tygodnia, dzieci pochodzące z gwałtu, których matki będą nienawidzić, które będą przez resztę życia przypominały najgorsze chwile – chwile upokorzenia, wstydu bezsilności. Dzieci, w których twarz będą patrzyły i widziały swego oprawcę. Zgwałcone trzynastolatki mają rodzić mimo, że może to być ostatnie dziecko w ich życiu, bo po prostu ciąża zniszczy nie tylko ich przyszłość, ale też układ rozrodczy nie mówiąc już o psychice. Właśnie tak ma być. Bo życie blastuli jest ważniejsze od zdrowia kobiety.
Widzieliście kiedyś macicę przekłutą drutami do robótek ręcznych? Ja widziałam, na wycieczce w prosektorium i to nie jest przypadek, że właśnie tam. Wiecie jak to wygląda? To są dwa druty połączone na środku gumką recepturką, które wkłada się przez szyjkę macicy złączone, a potem rozszerza wewnątrz. Przy odrobinie szczęścia (którego nie miały setki tysięcy kobiet, w tym ta jedna, której macicę miałam okazję oglądać) może ściana macicy nie zostanie przebita, nie będzie krwotoku wewnętrznego i śmierci w jego wyniku. Taką kobietę dałoby się pewnie uratować, ale przecież jeżeli ktokolwiek zawiadomi pogotowie, ściągnie sobie na głowę policję i też pójdzie siedzieć, więc nie zawiadomi. Czy naprawdę o to chodzi?
Czy naprawdę koniecznym jest, żeby kobiety zaczęły popełniać samobójstwa z powodu ciąży? Czy naprawdę nie będziemy mogły już dowiedzieć się, w jakim stanie jest dziecko zanim nie ujrzymy na świecie ślicznego różowego noworodka, albo cierpiącego potworka bez połowy głowy? Czy naprawdę kobieta po traumie poronienia będzie musiała tłumaczyć się przed prokuraturą z tego dlaczego poroniła i czy przypadkiem nie podskoczyła, albo nie podniosła czegoś ciężkiego? Czy za przewrócenie się na schodach mamy naprawdę iść na 3 lata do więzienia?
Dla mnie jako kobiety to jest niebezpieczny absurd. Dla mnie, jako matki trójki, a niedługo czwórki dzieci jest to absolutnie przerażające. Wizja tego, że moje dzieci mają wychowywać się jako półsieroty, bo dla kogoś potencjalny płód rozwijający się w moim jajniku będzie ważniejszy, niż życie ich matki to już sytuacja z horroru. Wizja patrzenia na śmieć córki z podobnego powodu w ogóle nie dociera do mojej wyobraźni.
Nie możemy się na to godzić. Powinniśmy podjąć każda formę oporu wobec próby sprowadzenia nas do średniowiecza, wobec stwierdzenia, ze nasze ciało nie należy do nas, że jest nie ważne. Nie do wiary, że w XXI wieku przychodzi nam walczyć o elementarną godność. Po kilku latach przerwy znów kościół mówi nam, że jesteśmy niedokończonymi mężczyznami, na których sumieniu w żadnym wypadku nie można polegać. Musimy wyjść na ulice, wszystkie razem z babciami i małymi córeczkami, a co ważniejsze z ojcami naszymi i naszych dzieci, bo ich też nasze prawa i nasza śmierć będą dotyczyć.

Mądrzy rodzice

Myślę, że chyba zorganizuję jakiś plebiscyt na najgorzej przetłumaczony tytuł. Mam już kilku
kandydatów, a ta książka zdecydowanie jest jednym z faworytów. Gdybym nie trafiła na tytuł i autora tej książki w jakiejś innej, której autor się na nią powoływał, czy polecał to nigdy w życiu bym po nią nie sięgnęła właśnie z powodu tytułu no i szaty graficznej (czy tak wiele bym straciła to inna sprawa). Tytuł oryginału to „Science of parenting”, czyli w dowolnym tłumaczeniu rodzicielstwo oparte na podstawach naukowych. Może nie brzmi chwytliwie, ale na pewno w większym stopniu oddaje rzeczywistość. Niestety polski wydawca chyba uznał, że rodzice są głupi i chcą stać się mądrzy, a nauka kojarzy się po prostu źle. Smutne.
Miały być peany
Czytając pierwszą połowę książki byłam w siódmym niebie. Myślałam, że pani Margot Sunderland wreszcie napisała książkę, którą spokojnie będę mogła polecić rodzicom małego dziecka. Przystępnie napisaną, opartą rzeczywiście na podstawach naukowych, w sposób przystępny opisującą „jak działa dziecko”. Rzeczywiście to wszystko można tam znaleźć. Pisząc o potrzebach małego dziecka odwołuje się do rzetelnych badań naukowych, tłumaczy krok po kroku jakie neurohormony wydzielają się w konkretnych sytuacjach i jakie są konsekwencje ich działania nie tylko dla zachowania w danym momencie, ale i dla długofalowego rozwoju. Naprawdę przez chwilę myślałam, że to pozycja niemal idealna.
Ale nie będzie
Niestety w pewnym momencie sielanka się skończyła. Stało się to dokładnie w momencie, gdy autorka zaczęła pisać o dzieciach starszych, a konkretnie o ich dyscyplinowaniu, przydatności metody time out i konieczności „kierowania dzieckiem”. Tu dziwnym trafem nauka zeszła na dalszy plan. Jak w poprzednich rozdziałach wszystko, o czym pisała było szeroko udokumentowane, poparte eksperymentami itp. Tak w tym rozdziale jest jakoś bardzo mało przypisów. Żadnych dowodów na prawdziwość wypisywanych słów. Tam, gdzie zaczyna się wychowanie starszego, bo kilkuletniego dziecka niestety zaczyna się ideologia i „krzesełka przemyśleń”. Mimo licznych dowodów wynikających z doświadczeń psychologii społecznej ukazujących nieskuteczność, czy nawet szkodliwość promowanych tu metod autorka postanowiła napisać rozdział zgodny ze swoimi przekonaniami i niczym więcej. Szkoda.
Kiedy dziecko cierpi a kiedy jest „małym Neronem”?
Autorka każe nam rozróżniać sytuacje, w których dziecko domaga się uwagi, bo cierpi naprawdę (wtedy powinniśmy reagować empatycznie) od sytuacji, kiedy tylko domaga się uwagi, czy wręcz próbuje nami rządzić i wtedy musimy być stanowczy, wręcz karzący. Spektrum rodzicielskich zachowań w tej drugiej sytuacji wahać się powinno między ignorowaniem a wysłaniem dziecka do swego pokoju. Nie znalazłam jednak w książce nigdzie jasnej definicji jak właściwie te zachowania odróżnić, i czym one w ogóle się od siebie różnią pod względem dziecięcych potrzeb. Moim zdaniem to dwie strony tego samego medalu. Według niej – nie. Muszę przyznać, że stara się być wyważona i przestrzega przed nadużywaniem metod takich, jak time-out, ale to kolejny problem. Jak często oznacza za dużo? Raz na tydzień? Raz dziennie? Trzy razy dziennie? Tego po prostu kreślić się nie da i przykładanie pseudonaukowych ram do tego typu metod wcale im nie pomaga i nie czyni ich bardziej ludzkimi.
Wszystko tylko nie gniew!
To, co podczas lektury książki wydało mi się przerażające, to bardzo jednoznaczny stosunek do gniewu. Jest on całkowicie negatywny. Zarówno przeżywanie gniewu przez dziecko (zwłaszcza starsze) jak i przez rodzica jest oceniane jak błąd i coś, co właściwie trzeba wyplenić. Rodzic musi (tak, to słowo też autorka bardzo lubi) do niemal wszystkiego podchodzić ze spokojem. W dziecku nie wolno wzmacniać gniewnych relacji, bo jeszcze (to straszne!) wyrośnie na gniewnego dorosłego. Ok rozumiem, że gniew nie jest emocją łatwą, ale może być konstruktywną, a na pewno jest bardzo potrzebną i powinniśmy ją nie tylko tolerować, ale i uważać, za ważny sygnał (postaram się napisać w najbliższym czasie notatkę na temat gniewu). Nie można, jak każe autorka jej tak bezwzględnie tępić!
Stawiaj granice
Jak w wielu innych książkach o wychowaniu autorka ma tendencję do napawania się słowem „granice”. Przy czym niestety nie są to, jak u Jespera Juula granice innych ludzi. Są to twarde sztywne granice, które rodzic musi (!) wyznaczyć, żeby dziecko czuło się bezpieczne i żeby wiedziało, kto tu rządzi. Ono samo może decydować o rzeczach nieistotnych, bo wtedy mniej się buntuje. Od rodzica w ochronie tych granic wymaga się oczywiście konsekwencji i nieograniczonego spokoju. Rodzic ma dziecko przekraczające granice spokojnie wysłać na krzesełko przemyśleń, na którym z całą pewnością zagłębi się ono w swoją winę i będzie myślało nad konsekwencjami swych uczynków. Jakoś sobie nie wyobrażam, by jakieś dziecko naprawdę miało tendencję do rozmyślania o tym, co zrobiło w sytuacji wysłania za karę (czy to się tak nazywa, czy nie) w miejsce odosobnienia. To po prostu tak nie działa.
Brat twoim wrogiem!
Chyba najbardziej przerażające fragmenty książki poświęcone są rodzeństwu. Nie ma w niej właściwie nic na temat pozytywnych relacji między rodzeństwem, na temat przywiązania, czy wzajemnego wsparcia. Jeżeli pisze się tu o rodzeństwie to tylko w kontekście zagrożenia. Wiele można przeczytać o koszmarnych skutkach znęcania się starszego rodzeństwa nad młodszym. Nie ma nic o tym, jak wtedy postępować (poza karaniem znęcającego się), jak pomóc młodszemu, starszemu, jak naprawić całą tą (w moim mniemaniu rzadką i bardzo patologiczną) sytuację. Jedyne, czego możemy się na ten temat dowiedzieć, to że powinniśmy „traktować bójki rodzeństwa bardzo poważnie”. Co to znaczy jednak nie wiadomo.
Coś, czego nie ma
Czytając pierwsza część książki – tą, która tak mi się podobała, coś mi zdecydowanie umknęło. Uświadomiłam sobie to dopiero, gdy dotarłam do końca i trafiłam na znaczący fragment, który zacytuję za chwile w całości. Cały rozdział o więzi, neurohormonach, budowaniu relacji udało się autorce napisać nie pisząc słowa na temat... karmienia piersią. Biorąc pod uwagę, że jest to jedna z ważniejszych czynności, która w ogromnym stopniu wpływa na działanie mózgu niemowlęcia i uwalniane neurohormony pomijanie tego „niewygodnego” tematu uznać trzeba za najzwyczajniej w świecie nierzetelne. Pewności, że tak właśnie jest dodaje poniższy cytat. Przepraszam, za rozwlekłość, ale po prostu nie mogłam się powstrzymać.
„Badania wykazują, że karmienie piersią jest korzystne dla nastroju matki, uspokaja bowiem system reakcji na stres w jej mózgu. Kiedy matka czuje się spokojna i zrelaksowana, lepiej radzi sobie z uspokajaniem dziecka. Ponadto karmienie piersią dostarcza dziecko ważnych wielonienasyconych kwasów tłuszczowych, które stymulują w wyższych ośrodkach mózgowych produkcję mających kluczowe znaczenie hormonów, a konkretnie dopaminy i serotoniny. Pewne badania wykazały, że zarówno karmienie piersią, jak i butelką, gdy trzyma się dziecko blisko siebie, obniż poziom hormonu stresu. Nie ma istotnej różnicy między tymi dwiema metodami.”
To już właściwie nie wymaga żadnego komentarza. Ktoś w pełni świadomie pominął setki faktów natury psychologicznej i czysto fizjologicznej tylko po to, żeby napisać, że nie ma różnicy między tymi dwoma sposobami karmienia. Już sam ten fragment całkowicie dyskredytuje w moich oczach książkę, która w swym założeniu miała przedstawiać naukowe podejście do rodzicielstwa.
Nie polecę
Strasznie chciałabym, by była na rynku jedna dobra, łatwa w odbiorze książka, która w przystępny, lecz naukowy sposób pokazywałaby co dzieje się z dzieckiem, jakie są mechanizmy jego rozwoju, skąd z naukowego punktu widzenia biorą się jego zachowania i potrzeby. Która byłaby napisana w sposób czytelny, a zarazem była w miarę kompletna. Ta książka bynajmniej taka nie jest. Oprócz nauki znajdziemy w niej niestety sporo niczym niepopartej ideologii i naciągania faktów. Nadal nie ma zatem jednej książki, którą mogłabym polecić rodzicom jako swoisty rzetelny przewodnik. Szkoda.

środa, 30 marca 2016

Nie strach się bać

Z racji stanu, w jakim jestem i komplikacji z tym związanych, które skutkują faktem, że w
najbliższym czasie raczej nie będę miała styczności ani z przedszkolem, ani klientami, nie mam też możliwości prowadzenia warsztatów, a świat oglądam z perspektywy kanapy, korzystam z okazji i nadrabiam zaległości czytelnicze. Najbliższe notki traktować będą zapewne głównie o książkach. Mogę przynajmniej zapewnić, że będzie ich naprawdę sporo.
Na pierwszy ogień idzie książka, która wzbudziła mój absolutny zachwyt. „Nie strach się bać” Lawrence'a J. Cohena (tego od „Rodzicielstwa przez zabawę”) jest książką, jakiej zdecydowanie potrzebowałam przede wszystkim jako osoba pracująca z dziećmi. Autor nie tylko daje świetne porady jak sobie z lękiem radzić, ale przede wszystkim bardzo przekonująco pisze o walce z lękiem, a właściwie o tym, że jak i z innymi emocjami, walczyć z nim nie należy.
Cóż zatem robić? Po pierwsze zauważyć go, przyznać się do tego, że jest, nauczyć się z nim żyć, zmagać się, ale tylko z takim na akceptowalnym poziomie no i nie uciekać. Według autora dzieci (i nie tylko) mają trzy główne sposoby (nie) radzenia sobie z tym uczuciem. Pierwszym z nich jest unikanie sytuacji lękotwórczych za wszelką cenę. Pozwala to lęku uniknąć, ale nie daje żadnych szans na konfrontację z nim, a zatem i na rozwiązanie problemu. Drugim sposobem są „białe knykcie” polega na tym, że stawiamy lękowi czoło za wszelką cenę – przełamujemy go na siłę, co nie sprawia, że boimy się mniej, ale izolujemy się od własnych uczuć – wchodzimy do basenu i pływamy, ale ani przez chwili nie jesteśmy rozluźnieni, nie sprawia nam to przyjemności. Dajemy rade i tyle. Trzeci sposób, to zwyczajne uleganie panice.
Autor proponuje zachowanie alternatywne – zmaganie się z możliwym do zaakceptowania lękiem przy pomocy innych – przede wszystkim rodziców. To, co mi się w książce szalenie podoba, to właśnie podkreślanie na każdym kroku roli rodziców i ich podejścia. Począwszy od przyjrzenia się własnym lękom – którymi tak łatwo dzieci zarażamy, skończywszy na adekwatnym udzielaniu pomocy. Adekwatnym oznacza tu pełnym empatii i wiary w powodzenie, ale bez przymuszania, odklejania dziecka od siebie na siłę, czy wpychania do głębokiej wody, ale też bez nadmiernego chronienia przed wszystkim, co nieprzyjemne.
Podoba mi się to, że autor podkreśla tak mocno i w wielu miejscach rolę drugiej osoby „drugiego kurczaka” (nie będę tłumaczyć o co chodzi, zaintrygowało was – sięgnijcie po książkę), która się nie boi i często jest jedynym, co dzieli dziecko pogrążone w lęku od całkowitego poddania się atakowi paniki. To z jednej strony, z drugiej zaś – wiara w to, że to dziecko musi pełnić rolę przewodnią, ono musi być gotowe do tego, by postawić kolejne kroki na drodze do życia nie tyle bez lęku ile z taką jego ilością, jaką spokojnie może zaakceptować i jaka nie przeszkadza mu w życiu. Nie z każdym lękiem wszak trzeba walczyć.
Jeszcze jedna kwestia jest tu ogromnie przekonująca. Autor jest rozbrajająco szczery. Otwarcie pisze o swoich lękach i o tym, jak sam zmagał się z samym sobą zarówno jako rodzic, jak i jako dziecko. Te osobiste fragmenty dla mnie były bardzo ważne. Nie było ich wiele, ale sprawiły, że wydaje się on być prawdziwym ekspertem w temacie, o którym pisze. Nie chciałabym w ten sposób w żaden sposób umniejszać znaczenia jego zawodowego doświadczenia, czy przytaczanych opisów przypadków. Mam po prostu ludzką słabość dla ludzi, którzy nie wypowiadają się tylko ex cathedra jako wszystkowiedzący eksperci, ale odsłaniają własne słabości i pokazują, że choć wiedzą trochę więcej i mają duże doświadczenie pozostają zwykłymi ludźmi, których dotyczą dokładnie te same problemy.
Podsumowując – mi jako osobie pracującej z dziećmi książka dała bardzo wiele. Dostała konieczne minimum teorii, wiele życiowych wyjaśnień i bardzo wiele strategii, których mogę użyć pracując z dziećmi i ich rodzicami. Okazało się, że bardzo jej potrzebowałam, mimo że sama nie zdawałam sobie z tego sprawy. Polecam ją każdemu, kto pracuje w żłobku, przedszkolu, szkole, czy innej instytucji, gdzie ma kontakt z dziećmi, a także wszystkim rodzicom, którzy borykają się z dziećmi cierpiącymi z powodu lęku.

piątek, 11 marca 2016

"Uchwycić żywioł"

Jakiś czas temu przeczytałam na jednym z gospodarczych, jeśli się nie mylę, portali artykuł, w którym autor rozpaczał nad faktem, jak bardzo nieodpowiedzialna i mało przewidująca jest polska młodzież. Przyczyną takiego osądu był sposób, w jaki większość dzieciaków wybiera studia, a mianowicie, zamiast mądrze kierować się poradami ekonomistów i rynkowymi trendami oni głupio idą na to, co ich interesuje. Ta droga ma być zła, ponieważ skutkuje tym, że ci młodzi ludzie nie mogą potem z tego właśnie powodu (?) znaleźć pracy.
Moja głęboka niezgoda z takim postawieniem sprawy wynika z trzech przesłanek. Pierwsza, najmniej związana z tematem, to fakt, że na całym świecie osobom z wyższym wykształceniem coraz trudniej znaleźć prace wcale nie dlatego, że wybierają złe kierunki, ale dlatego, że po prostu popyt na osoby wykształcone nie nadąża za podażą. Tak samo jest w Polsce, Stanach, czy Chinach. Prawda jest taka, że gdyby wszyscy ci, którzy wybierają kierunki humanistyczne poszli na politechniki, to w ciągu paru lat rynek by się wysycił i tak samo trudno byłoby o pracę w tych zawodach.
Drugim powodem jest to, że ja osobiście postrzegam ogromną winę szkoły w tym, że tak wielka część dzieciaków interesuje się tym samym, lub interesuje się studiami, na których najmniej się napracują. Nie wierzę, by „współczesna młodzież” w jakikolwiek sposób różniła się od nas w ich wieku, czy od rówieśników sprzed 100 lat. Na pewno nie są głupsi. Po prostu szkoła popełnia dwa błędy podstawowe. Zniechęca do przedmiotów „trudnych”, czyli tych, które po angielsku określa się jako sience – matematyki, fizyki, czy chemii, bo nimi zanudza. Z jednej strony nie ma warunków do przeprowadzania doświadczeń, z drugiej system szkolenia nauczycieli przedmiotowych jest w Polsce po prostu tragiczny i w żaden sposób nie przygotowuje ich do nauki zawodu, a jedynie do wypełniania papierów (może kiedyś dokładniej o tym napiszę). Poza tym szkoła (nie tylko polska) w której jest nacisk wyłącznie na ścisłą wiedzę i testy, gdzie nie ma miejsca na sztukę, czy już w ogóle na zapoznawanie się z jakimkolwiek rzemiosłem skutecznie zawęża horyzonty dzieciom i nie pozwala na poznanie tego, co może ich tak naprawdę interesować.
Po drugie, i najważniejsze aż trudno uwierzyć, że ktoś na tym świecie jeszcze wierzy w homo economicus i w to, że człowiek działa czysto racjonalnie. Chodzi mi konkretnie o to, że zakładanie, że ktoś pójdzie na studia, które uważa za nudne, skończy je bez odrobiny pasji i nawet podejmie pracę w zawodzie, kiedykolwiek będzie daną rzecz dobrze robił. Czy naprawdę potrzebujemy miernych informatyków, słabych architektów, budowlańców, czy niecierpiących ludzi lekarzy? (Inna sprawa, że ten ostatni zawód wydaje się akurat przyciągać wiele osób myślących w kategoriach zysków i strat, gdyż jest prestiżowy i jako jeden z nielicznych praktycznie gwarantuje pracę, a po kilku, kilkunastu latach także godziwe zarobki. Być może stąd tylu lekarzy pozbawionych powołania, czy pasji, czy zwyczajnej empatii.)
Tak naprawdę nie chodzi o to, by poświęcić na coś 10 000 godzin i dzięki temu stać się mistrzem. Żeby być w czymś naprawdę świetnym, trzeba to kochać. Tu właśnie wychodzi naprzeciw moim poglądom książka Kena Robinsona „Uchwycić żywioł”. Możemy w niej poznać dzieje kilkudziesięciu osób – od wybitnych muzyków, sportowców olimpijskich, po wyjątkowych nauczycieli, czy utalentowanych wiolonczelistów. Ludzi tych dzieli bardzo wiele – pochodzą z różnych krajów, robią różne rzeczy, jedni urodzili się w biedzie, inni od urodzenia byli dobrze sytuowani. Jedni są profesorami, inni nie ukończyli liceum, bo ze szkołą nie było im po drodze. Nie wszyscy wzbogacili się, czy odnieśli międzynarodowy sukces. Wszyscy za to są szczęśliwi i naprawdę świetni w ty, co robią. A stało się tak, ponieważ odnaleźli swój żywioł – swoją pasję, coś co pragną robić i co nie jest dla żadnego z nich tylko pracą. Jest ich powołaniem, czymś, z czego czerpią energię. Od kiedy to odkryli włożyli w samodoskonalenie ogromne ilości pracy, dlatego, że pragnęli nauczyć się więcej, stworzyć coś niezwykłego. Nie po to, by napawać się efektem (nieraz skądinąd spektakularnym), ale po to, by robić to, co kochają, wierząc,że ich działanie ma sens.
Robinson poświęca całe rozdziały na sposoby odnajdowania żywiołu, na to, jak w tym pomagać, co jest potrzebne, by dzieciaki, lub nawet ludzie dorośli mieli możliwość swoją pasję odnaleźć. Potrzeba plemienia – grupy ludzi, których łączą zainteresowania, przydaje się mentor, pomóc może też dobrze pomyślana szkoła. To ważne szczegóły techniczne. Dla mnie jednak o wiele bardziej istotne było coś, co stanowi chyba główny przekaz tej książki. Głębokie przekonanie autora, które zresztą całkowicie podzielam, że każdy, dosłownie każdy człowiek – niezależnie od wieku, narodowości, czy statusu materialnego ma jakiś żywioł, który może odnaleźć. Każdy dysponuje tym czymś, w czym może być po prostu świetny i czemu pragnąłby poświęcić życie, gdyby tylko miał szansę na to trafić.
Takie spojrzenie zupełnie zmienia perspektywę patrzenia na młodego człowieka, który przestaje być białą kartką do zapisania przez wychowawców i nauczycieli, ale niewiadomą, która chowa w sobie klejnot, który może zostać odkryty i nadać życiu jednostki głęboki sens. I nikt nie ma prawa oceniać żywiołu – stwierdzać, że zostanie świetnym cieślą jest gorsze, niż bycie adwokatem, że praca krawcowej jest mniej ważna, niż architekta, czy wykładowcy akademickiego. Tego, czego najbardziej potrzebujemy wokół siebie, to ludzie z pasją, ludzie zadowoleni z tego co robią i lubiący to robić. Zamiast zatem wmawiać ludziom kim powinni zostać, bo to się opłaca, powinniśmy (my rodzice, psychologowie, nauczyciele, wychowawcy) stwarzać możliwość znalezienia tego czegoś. Decyzja, czy ktoś będzie chciał z tego żyć, czy pozostawi to sobie jako hobby i relaks także powinna należeć do jednostki.

niedziela, 6 marca 2016

Muzyczny tampon?

Przyznaję, że fanką gadżetów nie jestem i nie byłam. Smartfona nie mam, tabletu też nie i
Zdjęcie zrobione nie-smartfonem. Obrazka oryginału nie będzie, bo nie zamierzam robić reklamy głupim inicjatywom.



ogólnie jakoś do cudów elektroniki mnie nie ciągnie, a jeżeli nawet czasami, to jak pomyślę, co zrobią z mózgami mojego potomstwa, to znów mnie nie ciągnie. Zwykle po prostu zachowuję dystans, ale tym razem nie potrafię. Kilka dni temu dostałam linka do najdziwniejszej rzeczy, z jaką się dotąd spotkałam. A mianowicie...
Tak, dobrze się Wam wydaje, odpowiedź jest w tytule posta – grającego tamponu. Ten kawałek plastiku z wbudowanym głośniczkiem sterowny jest za pomocą specjalnej aplikacji na smartfony, a jego rolą jest odtwarzanie muzyki dla nienarodzonego. Pomysł nie tylko dziwny, ale wręcz koszmarny, fatalny i zwyczajnie niebezpieczny. Zaczynając od argumentów najprostszych – co za pomysł, żeby ciężarna, która raczej powinna unikać ryzyka uszkodzeń śluzówki, zakażeń itp. wkładała sobie do pochwy na nie wiadomo jak długi czas kawał plastiku? Nie chce mi się nawet myśleć o potencjalnym stanie zapalnym i leczeniu go, co z pewnością nie będzie wspierać dziecka w rozwoju, a przecież właśnie to ma robić.
Ale nie robi! Dziecko w łonie matki owszem słyszy – przyzwyczajone jest do przytłumionych dźwięków świata zewnętrznego, ale przede wszystkim głosu mamy i tego, co dzieje się w jej ciele. Ścieżkę dźwiękową nienarodzonego tworzą w zdecydowanej większości odgłosy bicia serca i pracy jelit mamy. Ciekawym urozmaiceniem dla nich jest głos mamy, który słyszany jest w dużej mierze od wewnątrz, bo przenosi się także w formie drgań. I wiecie co? Tak właśnie powinno być. To wystarczy. Jeżeli mama lubi śpiewać, czytać na głos wierszyki, to wspaniale – dziecko będzie je rozpoznawać po urodzeniu. Jeżeli lubi słuchać muzyki, albo jeszcze lepiej, samodzielnie ją wykonywać, to też świetnie – część ze słyszanych przez nią dźwięków (zwłaszcza te niższe) przenika przez powłoki brzuszne i dostarcza ciekawego urozmaicenia. To jest właśnie to, czego słuchały nienarodzone dzieci przez ostatnie tysiące lat. To, do słuchania czego są ewolucyjnie przystosowane – to jest to, na co po prostu są gotowe.
Pomysł z przystawianiem słuchawek do brzucha już jest chybiony – dźwięk jest zbyt mocny, zbyt bezpośredni. Ten sam, bądź jeszcze silniejszy efekt uzyskuje się zapewne z grającego tamponu, tymczasem konsekwencje są właściwie nie do przewidzenia. Słuchanie muzyki w ten sposób może przeszkadzać dziecku we śnie, zaburzyć rytm snu i czuwania, a co za tym idzie wpłynąć negatywnie na rozwój mózgu. Może powodować dodatkowy stres, którego efekt jest taki sam. Może tez powodować różne inne konsekwencje, których nawet nie potrafię wymyślić na poczekaniu, bo przecież takie bezpośrednie dostarczanie dźwięków powoduje drgania płynu owodniowego, które potencjalnie mogą być nieprzyjemne dla zmysłu dotyku. A dziecko nie jest w stanie w żaden sposób poinformować rodzica, ze chce spać, że chce spokoju, i natychmiast należy wyłączyć urządzenie. Przecież dodatkowe kopniaki z łatwością odczytać można jako objaw entuzjazmu.
Tymczasem nie ma żadnych badań na temat takiego oddziaływania na płód. Nie ma i nie będzie. A to dlatego, że żadna matka nie zgodzi się na to, by potencjalnie zaszkodzić swemu dziecku dla celów naukowych. Tym bardziej nie powinna eksperymentować w celach, no właśnie jakich? Nikt za 2, 3, 5, czy 15 lat nie opublikuje wyników, że dzieci słuchające lub niesłuchające muzyki z tamponu są zdolniejsze, albo mają ADHD. Nikt tego nie sprawdzi. Jedyne badania o jakich czytałam, dotyczące wpływu dźwięku w okresie przedporodowym dotyczyły kurczaków w jajkach. Jedyna konsekwencją takiego postępowania były zaburzenia zachowania ptaków, których mózg jest przecież nieskończenie prostszy, niż nasz. Łatwo sobie wyobrazić, że skoro coś zaszkodziło kurom, które przez większość życia kierują się wyłącznie instynktem, to tym bardziej może być niebezpieczne dla ludzi. Już samo takie podejrzenie wystarczy, żeby omijać takie cudowne gadżety szerokim łukiem. Dziecko w łonie matki na prawdę wie, jak się rozwijać i nieszczególnie potrzebuje naszej pomocy. Wystarczy, że nie będziemy mu przeszkadzać.