niedziela, 14 maja 2017

Zmiany w prawie żłobkowym

Partia rządząca ogłosiła ostatnio, że ma pomysł na to, by więcej dzieci mogło uczęszczać do żłobków. Ma być więcej placówek opieki, mają być tańsze w prowadzeniu i, co za tym idzie tańsze dla rodziców. Wydaje się, że będzie dobrze, prawda? Nie będzie. Jeżeli prawo wejdzie w życie żłobki staną się przechowalniami, a dzieci zamiast rozwijać, będą się cofać w rozwoju. Dlaczego? Już tłumaczę.
Opiekowaliście się kiedyś roczniakiem? Skoro tu trafiliście, to pewnie tak. A może zdarzyło się Wam opiekować trójką roczniaków? Jeżeli nie pracowaliście nigdy w żłobku, to pewnie nie. To wyobraźcie sobie, że w tej chwili opiekunka ma pod opieką 8 dzieci, a według nowego prawa miałaby ich mieć nawet 10. Czy jesteście sobie to w stanie wyobrazić? Jeżeli jesteście rodzicami, to pewnie zauważacie, jak bardzo i jak często Wasze dziecko Was potrzebuje, ile chce mieć uwagi, jak często płacze i wymaga utulenia. Pewnie też zdajecie sobie sprawę, jak bardzo zmęczona jest osoba opiekująca się roczniakiem, czy dwulatkiem. Dzieci uczęszczające do żłobków mają takie same potrzeby. Też chcą być tulone, brane na ręce, uspokajane, też chcą, żeby ktoś poświęcił uwagę tylko im, poczytał, mówił do nich i pokazywał świat. Dokładnie tego samego pragnie maluch w żłobku. Dokładnie na to samo zasługuje. Już ósemka dzieci na jednego opiekuna to liczba wręcz horrendalna, uniemożliwiająca wyjście naprzeciw potrzebom każdego dziecka. Ta liczbę należy koniecznie zmniejszać, by dzieci miały lepsza opiekę, a nie powiększać. W dodatku opiekunka w żłobku jest człowiekiem i ma ograniczone możliwości. Jedno, że ma tylko dwie ręce i nie jest w stanie objąć, przytulić, wziąć na ręce więcej, niż jednego, dwoje dzieci. Ma też ograniczony czas, przecież oprócz opieki ma jeszcze prowadzić zajęcia, karmić, przewijać (!), usypiać. Jeżeli ma zbyt wielu podopiecznych, to po prostu nie może się nimi dobrze opiekować, choćby chciała, a gdy tak jest ma dwa wyjścia. Albo się uodparnia i wtedy przestaje być dobrą opiekunką, bo już nie wyjdzie naprzeciw potrzebom dziecka, albo odchodzi, bo nie może znieść patrzenia na to, jak dzieci się męczą. Czy naprawdę tego chcą rządzący? Nieczułych, zmęczonych, wypalonych maszyn? To nieludzkie zarówno dla dzieci, jak i dla tych biednych przemęczonych kobiet.
Po drugie - brak limitu dzieci w grupie. Nie wyobrażam sobie, jak może dobrze funkcjonować i rozwijać się dwadzieścioro, czy może trzydzieścioro półtoraroczniaków w jednej sali. Przecież one muszą czuć się jak szczury w klatce. W takiej sali będzie gorąco, duszno, głośno. dzieci będą na siebie wpadać, będą bić się o zabawki i zwyczajnie o przestrzeń. Efekt będzie dokładnie taki, jak w przypadku szczurów w przepełnionych klatkach - stres, potwornie wysoki poziom stresu. Już sam pobyt w żłobku to duży stres dla malucha, a pobyt w przeludnionym żłobku to stres tak duży, że dziecko nie będzie mogło spać, nie będzie chciało jeść, będzie chorować. Krótko mówiąc - nie będzie się dobrze rozwijać ani fizycznie ani psychicznie. Zwłaszcza, jeżeli nie będzie miał go kto ukoić, bo przecież każda opiekunka będzie miała pod opieką 10 dzieci.
Kolejna rzecz - sen. Dziecko aby w miarę dobrze funkcjonować potrzebuje snu. Także w ciągu dnia. Nie będzie go jednak mogło zaznać, gdyż nie będzie sali do spania. Każdy, kto kiedykolwiek pracował w żłobku wie, że dzieci usypiają różnie. Z reguły jest tak, że ci, którzy pierwsi zasypiają, pierwsi się budzą. Często krótko po tym, jak uda się zasnąć ostatnim. W normalnych warunkach po prostu obudzonych zabiera się z sali, by dali spać pozostałym. Jeżeli nie będzie osobnej sali, to dzieci nie będą spać prawie wcale. Zwłaszcza, że nie będzie gdzie rozstawić łóżeczek dla najmłodszych.
Umożliwianie opieki nad najmłodszymi osobom bez jakiegokolwiek przygotowania to też zły pomysł. Opieka nad dziećmi, zwłaszcza wieloma to trudne i wyczerpujące zajęcie, które naprawdę wymaga wiedzy i umiejętności. Zwłaszcza, jeżeli mamy wspierać rozwój dzieci w żłobkach, a nie je przechowywać.

piątek, 5 maja 2017

Asperger jak stąd do Afryki... Czyli nie dajmy się zwariować

Niedawno prowadziłam warsztaty i poznałam tam pewną mamę, która przyszła głównie po to, żeby upewnić się, czy to, że idzie za intuicją jest dobre dla jej dziecka. Jest, ale nie o to chodzi. Jej dziecko ma zdiagnozowany zespół Aspergera i z tego, co mówiła mama, prawdopodobnie rzeczywiście go ma. Z resztą na diagnozę trafiła dlatego, że pewna wnikliwa i doświadczona osoba znająca dziecko i obserwująca je przez dłuższy czas poczuła się zaniepokojona i swoim zaniepokojeniem podzieliła się z mamą, która potraktowała je poważnie i poszła na diagnozę do psychologa. Jak dotąd historia jest świetna, bo dziecko dostaje to, czego potrzebuje.
Wizyta u psychologa jednak przebiegła w sposób nieco dziwny, gdyż cytat z tytułu notki padł po jakichś 15 minutach rozmowy z dzieckiem. Trzyletnim. Między innymi na podstawie tego, że dziecko czerwoną kropkę nazwało flagą Japonii. To jest dziwne i budzi we mnie sprzeciw i bunt. Dlaczego? A no dlatego, że dzieci bywają po prostu mądre. Widziałam wiele dzieci interesujących się dziwnymi rzeczami i żadna z nich nie była wystarczająca wskazówką w kierunku diagnozy Aspergera. Po drugie przez 15 minut, to można zdiagnozować przeziębienie, czy zapalenie krtani, natomiast zupełnie nic nie da się zdiagnozować u trzylatka. Trzylatek u psychologa ma prawo się nie odzywać. Ma prawo nie patrzeć na osobę go diagnozującą. Ma prawo się kulić i chować. (Inna sprawa, że dziecko nie robiło żadnej z tych rzeczy) i nie oznacza to, że ma zaburzenia. Po prostu jestem obcą osobą, w obcym miejscu, a mama bardzo często obawia się mnie i tego, co mogę powiedzieć, a to oznacza, że dziecko otrzymuje jasne sygnały, że znajduje się w sytuacji zagrożenia.
Dlatego właśnie cokolwiek o dziecku mogę powiedzieć nie wcześniej, niż po upływie godziny, kiedy większość dzieci jest w stanie odprężyć się na tyle, by nawiązać ze mną kontakt. Co więcej - jeżeli mam podejrzenia co do spektrum autyzmu zawsze wysyłam rodziców do poradni zajmującej się tym tematem i tam czeka je wieloetapowa diagnoza. Jeżeli natomiast podejrzewam Aspergera, daję rodzicom kilka rad, proponuję zmianę w codzienności dziecka i dopiero, jeżeli nic się nie zmienia kieruję na dalszą diagnozę. Jak dotąd większość dzieci po usunięciu elektroniki, telewizji, stresorów i uzyskaniu większej uwagi rodziców zaczynała funkcjonować o wiele lepiej (rzadko idealnie, ale po prostu normalnie). Niektóre wymagały dalszej diagnozy i pomocy. Nigdy jednak nie powiedziałabym nikomu, że jego dziecko cierpi na to, czy tamto po piętnastu minutach od poznania go. I nikt, choćby miał rentgena w oczach nie powinien takich rzeczy mówić, bo nie może tego wiedzieć. Nie może mieć pewności, a raz przyklejona etykietka może zmienić życie małego człowieka na gorsze. Na zawsze.
Jeżeli zatem jesteś rodzicem, który zauważa niepokojące zachowania u swego dziecka, albo który otrzymuje sygnały, że dziecko rozwija się w jakiś sposób nieprawidłowo, idź do specjalisty, sprawdź to, dowiedz się, jak mu pomóc. Ale nigdy nie wierz wyroczniom. Nikt nie zdiagnozuje poważnych zaburzeń poznawczych lub emocjonalnych w kilkanaście minut. Żeby postawić właściwą diagnozę potrzeba czasu i znajomości dziecka. W psychologii, zwłaszcza dziecięcej nie ma prostych odpowiedzi, a jeżeli takie słyszysz idź do kogoś innego i sprawdź, czy aby na pewno diagnoza jest słuszna. Każdy może się pomylić, zwłaszcza ktoś, kto nadmiernie wierzy w swoją nieomylność.

poniedziałek, 1 maja 2017

To normalne!

Jakiś czas temu zupełnym przypadkiem trafiłam na książkę wydaną przez Znak, która przeszła z jakiegoś powodu zupełnie bez echa. Prawdę mówiąc za każdym razem, gdy rozmawiam z ludźmi ze "środowiska", czyli bliskościowców, NVCowców, czy po prostu zaangażowanymi rodzicami, to pierwszy raz słyszą o tej książce. Szkoda.
Gdy tylko zobaczyłam tytuł, wiedziałam, że jest to książka, którą chcę przeczytać i nie pomyliłam się. Znalazłam w niej właśnie to, czego szukałam, czyli bardzo zdrowe podejście do rozwoju dzieci poparte nie poglądami autora (chociaż one tam oczywiście też są), ale wynikami badań i sporym doświadczeniem klinicysty, który nie szuka dziury w całym.
 Czy ADHD istnieje?
Autor nie jest szarlatanem, który twierdzi, ze autyzm, czy ADHD nie istnieją, bo to są fakty, którym nie można (w czasach postprawdy wszystko pewnie można, ale zazwyczaj jest to niezgodne z logiką i nauką) zaprzeczyć. Stwierdza jedynie, że są one diagnozowane zdecydowanie zbyt często. Wszelkie dysharmonie rozwojowe, niewielkie opóźnienia, czy nawet zbyt szybki rozwój pewnych kompetencji wkładany jest do jednego worka z poważnymi zaburzeniami. Z tego powodu dzieciaki, które po prostu potrzebują czasu, wsparcia, lepszego jedzenia albo więcej snu "leczone" są środkami psychotropowymi, które na jakiś czas, albo nawet na zawsze zmieniają funkcjonowanie chemiczne ich mózgu. A zwykle dzieje się to po to, żeby rodzicom, kórzy nie mają siły i czasu było łatwiej, albo jeszcze częściej po to, aby zła, przeludniona i niedostosowana do dziecięcych potrzeb szkoła mogła wykonywać swoją powinność.I dzieje się to kosztem dzieci.

Stres to nie ADHD
Bardzo bliskie jest mi nawoływanie autora do po pierwsze - zdrowego rozsądku i traktowania dzieci tak, jakby były dziećmi, a nie maszynami, które trzeba naprawić, gdy funkcjonują niezgodnie z planem (z przeznaczeniem?). Po drugie do dobrej diagnozy - prawda jest taka, że dzieci z prawdziwym zespołem Aspergera, czy ADHD potrzebują ogromnego wsparcia, by mogły się rozwijać na miarę swoich możliwości i zasługują one na dobrą diagnozę i wszelkie środki, które ułatwią im codzienne funkcjonowanie. Równocześnie jednak dzieci, które po prostu są introwertykami, są nieśmiałe, mają pasję, która niezupełnie mieści się w wąskich ramach tego, co uważane jest za normalne, czy po prostu żyją w ogromnym stresie (o który w dzisiejszych czasach naprawdę nie trudno) także zasługują na poprawną diagnozę i adekwatną pomoc. Z tym, że diagnoza w ich przypadku nie powinna polegać na przylepieniu łatki, ale na poszukaniu źródeł problemów i pomocy rodzicom w rozwiązaniu ich. Często to rozwiązanie polega na tym, by pozwolić dziecku rozwijać się na własny sposób i stworzeniu dla niego przestrzeni, przy jednoczesnym nie szczędzeniu wsparcia. Nie polega na tym, by na siłę wkładać wszystkich do jednej foremki i jeżeli do niej nie pasują, amputowania tego, czy tamtego fragmentu umysłu przy pomocy tabletek.
Podsumowując - "To normalne!" jest książką dla wszystkich, którzy się martwią. Jeżeli mają czym znajdą tam jasny przekaz, by szukać pomocy. Jeżeli nie mają - znajdą uspokojenie. Bardzo cenię takie pozycje.

Ale to Ameryka, nas to przecież nie dotyczy!
Jeszcze kilka lat temu może bym się zgodziła, ale teraz już nie. Coraz częściej trafiają do nas dzieci, którym ten, czy ów (nauczyciel, psycholog, lekarz) zalecił udanie się do psychiatry po leki psychotropowe. K był też świadkiem, jak neurolog zapisywała dwulatkowi leki uspokajające. Znam też nastolatki, którym ból duszy leczono lekami, które zamieniały je w zombie, które głównie jedzą i śpią. Niestety książka ta jest potrzebna także tu i to potrzebna coraz bardziej. Także po to, byśmy nie zamienili się pod tym względem w Amerykę.

piątek, 9 grudnia 2016

Pobieranie krwi

Znalazłam nieopublikowany post sprzed kilku miesięcy. Jestem pewna, że aktualny. Niebawem będą nowe.
Nie trzeba jednak chodzić do pracy, żeby znaleźć natchnienie. Niestety. Zwykła wizyta w laboratorium i pobieranie krwi może być źródłem przeżyć, o których napisać po prostu trzeba. Wystarczy, że w takim miejscu pojawia się dziecko.. Zwyczajne, lat około sześciu, może siedmiu z dwojgiem rodziców, którzy z całą pewnością chcą dobrze, przecież gdyby nie kochali i się nie troszczyli to by ich tam nie było. Problem w tym, że dziecko aż się trzęsie ze strachu. Jest po prostu przerażone, na granicy histerii. I nikt, absolutnie nikt nie wie, co z nim zrobić, jak pomóc, jak sprawić, żeby cała ta sytuacja była znośna dla wszystkich zainteresowanych. Bo przecież wszyscy chcą dobrze – i dziecko i rodzice i młodziutka, przesympatyczna laborantka, która naprawdę chciałaby pomóc, ale po prostu nie ma pojęcia co zrobić może. Nikt jej tego nie uczył, nikt z nią o tym nawet nie rozmawiał. Czy ktoś w ogóle szkoli służby medyczne z obchodzenia się z małymi pacjentami? Chyba nie, prawda?
A zrobić można sporo. Po pierwsze dać dziecku czas. Nie prowadzić na siłę za rękę do gabinetu. Może jak zobaczy, że dwie, czy trzy osoby przed nim nie wyją z bólu, nie krzyczą, to będzie łatwiej. Może warto samemu dać sobie pobrać krew? Morfologia raz na jakiś czas nie zaszkodzi, a dziecko będzie widziało, że rodzic daje radę, nie boi się i nie mdleje. To może dać trochę uspokojenia, choć nie musi. Jeżeli jednak rodzic sam się boi, lub źle reaguje na widok krwi, to lepiej, żeby poszedł rodzic drugi. Bojący się rodzic to najgorsze, co może dziecko spotkać – zacznie się spirala lęku, która może skończyć się prawdziwą histerią.
Przed wizytą, przed zarejestrowaniem porozmawiaj z dzieckiem o tym, co je spotka. O tym, że czasem boli, nie bardzo ale boli – trochę, jak przy szczepionce, ale może nawet mniej. Nie mów dziecku, że nie będzie bolało, bo to nie prawda. Po pierwsze przebijanie skóry igłą raczej boli, po drugie nigdy nie wiesz, jaki prób bólu ma dziecko, jaką ma tolerancję i nawet, jeżeli dla Ciebie to jak ugryzienie komara, to dla dziecka niekoniecznie. Powiedz mu także, że może się bać. Strach jest naturalny, bo to, co je czeka jest nieprzyjemne. Powiedz, że może płakać. Płacz to nic złego, gdy się boimy, a naprawdę lepiej mieć na fotelu płaczące dziecko, które pozwala sobie wbić igłę, niż takie, które się wyrywa i robi sobie krzywdę.
Pozwól dziecku decydować. Często może woleć pobieranie krwi z palca, niż z żyły. Warto je jednak uprzedzić, że trwa to dłużej i jeżeli chce mieć to szybko za sobą, to z żyły będzie szybciej. Pozwól dziecku siedzieć na swoich kolanach i mocno je przy tym tul, chyba, ze nie chce. Powiedz mu, ze jeżeli chce może odwrócić głowę i wcale nie patrzeć na to, co się dzieje – ty i Pani laborantka o wszystko się zatroszczycie.
Nie tłumacz za wiele, w ogóle nie mów bez przerwy. Nie przywołuj poprzedniego razu, gdy dziecko nie płakało. Wtedy było wtedy, teraz jest teraz. Może wtedy miało lepszy dzień, a może nie płakało, bo było tak przerażone, że nawet płakać nie mogło. Nie odwołuj się do ustaleń w rodzaju „obiecałeś nie płakać”. Dziecko nie potrafi sobie wcześniej wyobrazić, co będzie czuło. Samo jest często zaskoczone swoją reakcją i samo jej nie opanuje. A na pewno nie zrobi tego pod wpływem racjonalnej argumentacji. Ty tez nie pozbędziesz się lęku wysokości/klaustrofobii/arachnofobii/agorafobii czy czegokolwiek innego (choćby lęku przed osami i szerszeniami) bo jest nielogiczny. Lęk sam w sobie jest nielogiczny bo pochodzi z prymitywnych struktur podkorowych i czasem nawet nasz dojrzały mózg nie potrafi sobie z nim poradzić.
Nie mów o sobie, ani o innych. Dziecko nie jest gotowe o tym słuchać. Mów o nim, o tym, że niełatwo pokonać strach i trzeba być naprawdę dzielnym, by mimo strachu wejść i pozwolić się kłuć. Przypomnij inną sytuację, gdy dziecko tez się bało, ale udało mu się przełamać – może była to wizyta u okulisty z zakraplaniem oczu, może u dentysty? Odwołanie się do przeżyć, w których dziecko stanęło na wysokości zadania może pomóc mu i teraz znaleźć siłę.
No i na koniec najtrudniejsze. Rozumiem, ze jest kolejka, rozumiem, że ludzie patrzą, ale spróbuje głęboko oddychać i się nie denerwować. Jeżeli ktoś bywał ze swoim dzieckiem w takim miejscu, to zrozumie. Jeżeli nie, i nie potrafi zrozumieć strachu dziecka, to naprawdę nie ma sensu się nim przejmować. Jemu nic nie pomoże. Jeżeli ktoś się śpieszy możecie go po prostu przepuścić. T dziecko w tym momencie potrzebuje empatii na nim warto się skupić. Dorośli sobie poradzą.
Podobnie podejść można do dentysty, fryzjera, czy wszelkich innych miejsc, których dziecko może się bać i często rzeczywiście się boi. Bo to normalne, że się boi i ma do tego pełne prawo. My też.


czwartek, 7 kwietnia 2016

Nie ma żadnych "dzieci"!

Czas jakiś pracuję w różnych instytucjach zajmujących się opieką nad dziećmi i ich edukacją i jednego jestem pewna. Prawie wszyscy chcą dobrze. Rodzice chcą dla swoich dzieci jak najlepiej, nauczycielom też często zależy, już nie mówiąc o dzieciach, które chcą kochać jednych i drugich. A mimo to jakoś nie zawsze to wychodzi. Przyczyn są pewnie tysiące i były one odmieniane w wielu publikacjach przez wszystkie przypadki. To, o czym piszę pewnie też, a mimo to klątwa „dzieci” wciąż ma się dobrze.
O co mi właściwie chodzi. No właśnie o „dzieci” - czyli sposób, w jaki nauczyciel zwraca się do grupy przedszkolnej, czy szkolnej klasy. Pragnąc zwrócić na siebie uwagę garstki, która nie słucha mówi „dzieci” zwracając się do wszystkich, czyli do nikogo. Mówiąc o swojej grupie, czy klasie też często mówi, że ma problem właśnie z grupą, czy klasą. Klasa jest trudna, w tej klasie trudno się pracuje.
No i pewnie to jest prawda – tą konkretną klasą może jemu trudno się pracuje, ale takie podejście niczego nie zmieni, nie ma możliwości naprawy. Dokładnie tak samo, jak na wołanie „dzieci” odwrócą się ci, którzy słuchają nauczyciela i którzy nie są akurat zajęci czym innym. Oni nie usłyszą.
Nie da się „pomóc klasie” to tak nie działa. Żadne z dzieci nie definiuje siebie jako jedno z „dzieci”. Każde z nich ma imię i nazwisko, ma rodzinę i swoje problemy. Im więcej trudności sprawia w klasie tym, z reguły te problemy niezwiązane ze szkołą są często większe. Żadne dziecko nie ma celu w postaci „przeszkadzania” w klasie. Większość z nich chce uwagi nauczyciela, woła o nawiązanie relacji, o wysłuchanie. Często szkoła stwarza możliwości domagania się bliskości dorosłego, jakich nie ma w domu. Stwarza okazję do błagania o to, by zostać wysłuchanym, gdy w domu dziecko bywa rzadko, a rodzice nie mają czasu, możliwości, siły, czy kompetencji, by dać bliskość i zainteresowanie, by wysłuchać dziecka. Jeżeli od rodziców nie da się tego uzyskać, to zostaje nauczycielka w przedszkolu, czy szkole. No i niezawodny sposób na uzyskanie jej uwagi „przeszkadzanie”, czy wchodzenie w konflikty.
To dlatego „dzieci uspokójcie się” nie działa. To dlatego kary nie działają. Nikt nie chce być traktowany wyłącznie jako element (pasujący lub nie) układanki, jaką jest klasa. Każdy potrzebuje (właśnie nie tyle chce, co potrzebuje) być traktowany jako on sam – wyjątkowy. Dzieci, które dostają to w domu, bez proszenia radzą sobie łatwo, bo im nauczyciel jako bliska osoba jest o wiele mniej potrzebny. Jeżeli jednak jest inaczej domagają się tego od dorosłego, który jest w zasięgu. Dlatego są „trudni”, „niegrzeczni”, „nie współpracują”, czy „przeszkadzają” chcą być wyróżnieni choćby poprzez karę.
Jeżeli jednak naszym celem jest poprawa funkcjonowania całej klasy, musimy skupić się na poprawie funkcjonowania poszczególnych, pojedynczych dzieci. Na tym, by poczuły się dobrze, by były ważne, zrozumiane, wysłuchane. One szczególnie silnie pragną relacji i szczególnie trudno im w nią wejść, bo w którymś momencie z jakiegoś powodu doznały zawodu. Tylko, że to wymaga od nauczyciela porzucenia postawy „pedagogicznej” i zmiany perspektywy. Już nie „dzieci, nie klasa, nie grupa, ale konkretne jednostki z konkretnymi problemami, które poprzez zachowanie błagają o wsparcie w rozwiązaniu ich.
Nie jest prawdą, że nie ma na to czasu. Właśnie, że jest. Patrząc z perspektywy długofalowej czas, jaki nauczyciel poświęca na uspokajanie „dzieci”, jaki marnuje powtarzając po piętnaście razy to samo, by „wszyscy” usłyszeli – to ten sam czas, jaki zajęłoby mu podejście do konkretnego ucznia i powiedzenie to do niego, porozmawianie z nim osobiście, z jego poziomu. A nawet jeśli nie, to i tak warto poświęcić na to więcej czasu, bo gdy relacja będzie nawiązana, dzieci będą po prostu bardziej gotowe do współpracy, bardziej chętne do tego, by pracować, uczyć się. Relacja z nauczycielem oparta na zaufaniu, a nie na walce daje korzyść wszystkim zarówno dzieciom, które dotąd toczyły z nauczycielem wojny, bo wreszcie nie muszą, czują się dobrze, wiedzą, że gdy zajdzie potrzeba zostaną wysłuchane. Nauczycielowi – bo wie, czego może się spodziewać, wie, że nikt nie jest przeciwko niemu, że jego praca polega na byciu z, nie przeciw. Ale także pozostałym członkom grupy, które mogą pracować w spokoju, niewybijane co chwilę z koncentracji przez nauczyciela strofującego innych uczniów. Oni także mogą iść do szkoły z wiarą, że ich problemy nie zostaną ukarane, że mogą zwrócić się z nimi do nauczyciela, który się nad nimi pochyli.
To się po prostu opłaca wszystkim. Dlatego warto spróbować. Zamiast stać – ukucnąć, zamiast krzyczeć do wszystkich – szeptać. Zamiast karać – wysłuchać. Nawet w dwudziestokilkuosobowej klasie, czy grupie. Nie jest to łatwe, ale daje efekt lepszy, niż metody pedagogiczne, kary, nagrody i wszelkie inne formy zewnętrznej motywacji.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

"Zakazane ciało"

„Zakazane ciało” Diane Ducret czytałam ledwie dwa tygodnie temu. Nie zmierzałam o nim tutaj pisać, bo to przecież nie na temat zupełnie. No i nagle okazało się, że jak najbardziej na temat, jak najbardziej jest to lektura na dziś i wcale nie taka historyczna, jak mogłoby się wydawać.
Książka ma podtytuł ”Historia męskiej obsesji”, jednak tak naprawdę dałoby się wymyślić kilka bardziej moim zdaniem adekwatnych, na przykład „historia męskiej pogardy”, „męskiego lęku”, albo chyba najbardziej na czasie „męskiej głupoty”. To opowieść o tym, jak bardzo długo i z jakim trudem kobiety zyskiwały, a nierzadko wywalczały sobie prawo do tego, żeby po prostu być. Być człowiekiem, czymś więcej, niż żałosną obudową do macicy, dodatkiem do sromu (swoją drogą uroczy źródłosłów ma u nas to słowo, prawda – ten sam, co sromotna klęska), który był jednocześnie pożądany, obrzydliwy i właściwie gdyby nie to, że wygodniejszy niż ręka, to właściwie lepiej byłoby, żeby go nie było. Wtedy nie byłoby zagrożenia, że seks sprawi kobiecie przyjemność, że sama ją sobie sprawi, że nie dochowa cnoty, którą powinna, a właściwie musi zachować dla męża.
Najbardziej nieprawdopodobnym w tej książce jest nie to, że przez ostatnie dwa i pół tysiąca lat kobieta musiała wstydzić się, że jest kobietą. Że fakt menstruacji była tak z jednej strony kompromitujący, z drugiej strony nudny, z trzeciej obrzydliwy, że przez setki lat nikt nie próbował nawet zainteresować się wynalezieniem czegokolwiek, co choć trochę ułatwiłoby kobietom życie. Że musiała być uległą i podległą, że musiała rodzić, bo tak jej kazał mąż, biskup, papież, czy jakikolwiek inny mężczyzna. Do tego, że przez większą część historii było naprawdę fatalnie, żeby nie rzec tragicznie jesteśmy przyzwyczajeni. Wiemy o sufrażystkach, o walce o prawo głosu itp.
To wszystko jakoś tam funkcjonuje. Najgorszym moim zdaniem jest fakt, że żadna z wywalczonych rzeczy nie jest nam tak naprawdę dana na zawsze. Każdy aspekt kobiecej seksualności musi być na nowo definiowany zgodnie z oczekiwaniami mężczyzn, musi być przez nich kontrolowany. I nawet, jeżeli zyskujemy jakieś prawo, to trzeba być czujnym, bo w każdej chwili możemy je stracić.
Ostatni rozdział książki zatytułowany jest „Trudna wolność” - autorka- Francuzka pisze w nim o tym, co kobiety ostatnio zyskały i z czym muszą się borykać. Nie pisze jednak o tym, że mężczyźni wciąż nie pogodzili się z tym, że mamy jakiekolwiek prawa. Że trudna wolność, to nie zawsze wybór środków antykoncepcyjnych, czy decyzja o posiadaniu dziecka lub nie. Pisze o tym, jak niejednoznaczna jest wolność, jak rosną oczekiwania w związku z tym, że każdy mężczyzna widział już wiele „idealnych ciał”. Nie pisze jednak o tym, że jeżeli choć na chwilę złożymy broń, to zawsze znajdą się tacy, którzy znajdą milion powodów, żeby nam to, co wywalczyły nasze przodkinie odebrać. Może nawet jej nie mieściło się w głowie, że wielu mężczyzn nadal śni o władzy absolutnej – nad macicą, łonem, prokreacją i cywilizowanym państwie w środku Europy będą próbowali mówić kobietom, że rodzić muszą.
To, co budzi nadzieję, to opisy sukcesów. Pokazują, że kobiety mają w sobie siłę i mogą walczyć i to walczyć skutecznie nie tylko o swoje prawa, ale także o pokój i bezpieczeństwo. Tylko musi ich być dużo. Naprawdę dużo, bo tylko dzięki skoordynowanym działaniom i krzykowi z wielu gardeł rządzący gotowi są usłyszeć sprzeciw. Tylko wtedy gotowi są wziąć pod uwagę zdanie i wolę kobiet.

sobota, 2 kwietnia 2016

Po prostu nie

Nie wiem, czy właściwie jest jeszcze coś do napisania, po tym wszystkim, co dzieje się w Internecie, ale ja też nie jestem w stanie tego przemilczeć. W kraju, w którym matki dzieci niepełnosprawnych skazane są na wegetację i poświęcenie wszystkiego dzieciom, po których śmierci pozostają tylko z długami, bez środków do życia. W kraju, w którym jako jednym z niewielu państw w Europie mamy wciąż jeszcze domy dziecka. W kraju, w którym niby panuje demokracja, a konstytucja gwarantuje rozdzielność kościoła od państwa księża próbują nam mówić, że mamy rodzić dzieci, które nie przeżyją poza macicą tygodnia, dzieci pochodzące z gwałtu, których matki będą nienawidzić, które będą przez resztę życia przypominały najgorsze chwile – chwile upokorzenia, wstydu bezsilności. Dzieci, w których twarz będą patrzyły i widziały swego oprawcę. Zgwałcone trzynastolatki mają rodzić mimo, że może to być ostatnie dziecko w ich życiu, bo po prostu ciąża zniszczy nie tylko ich przyszłość, ale też układ rozrodczy nie mówiąc już o psychice. Właśnie tak ma być. Bo życie blastuli jest ważniejsze od zdrowia kobiety.
Widzieliście kiedyś macicę przekłutą drutami do robótek ręcznych? Ja widziałam, na wycieczce w prosektorium i to nie jest przypadek, że właśnie tam. Wiecie jak to wygląda? To są dwa druty połączone na środku gumką recepturką, które wkłada się przez szyjkę macicy złączone, a potem rozszerza wewnątrz. Przy odrobinie szczęścia (którego nie miały setki tysięcy kobiet, w tym ta jedna, której macicę miałam okazję oglądać) może ściana macicy nie zostanie przebita, nie będzie krwotoku wewnętrznego i śmierci w jego wyniku. Taką kobietę dałoby się pewnie uratować, ale przecież jeżeli ktokolwiek zawiadomi pogotowie, ściągnie sobie na głowę policję i też pójdzie siedzieć, więc nie zawiadomi. Czy naprawdę o to chodzi?
Czy naprawdę koniecznym jest, żeby kobiety zaczęły popełniać samobójstwa z powodu ciąży? Czy naprawdę nie będziemy mogły już dowiedzieć się, w jakim stanie jest dziecko zanim nie ujrzymy na świecie ślicznego różowego noworodka, albo cierpiącego potworka bez połowy głowy? Czy naprawdę kobieta po traumie poronienia będzie musiała tłumaczyć się przed prokuraturą z tego dlaczego poroniła i czy przypadkiem nie podskoczyła, albo nie podniosła czegoś ciężkiego? Czy za przewrócenie się na schodach mamy naprawdę iść na 3 lata do więzienia?
Dla mnie jako kobiety to jest niebezpieczny absurd. Dla mnie, jako matki trójki, a niedługo czwórki dzieci jest to absolutnie przerażające. Wizja tego, że moje dzieci mają wychowywać się jako półsieroty, bo dla kogoś potencjalny płód rozwijający się w moim jajniku będzie ważniejszy, niż życie ich matki to już sytuacja z horroru. Wizja patrzenia na śmieć córki z podobnego powodu w ogóle nie dociera do mojej wyobraźni.
Nie możemy się na to godzić. Powinniśmy podjąć każda formę oporu wobec próby sprowadzenia nas do średniowiecza, wobec stwierdzenia, ze nasze ciało nie należy do nas, że jest nie ważne. Nie do wiary, że w XXI wieku przychodzi nam walczyć o elementarną godność. Po kilku latach przerwy znów kościół mówi nam, że jesteśmy niedokończonymi mężczyznami, na których sumieniu w żadnym wypadku nie można polegać. Musimy wyjść na ulice, wszystkie razem z babciami i małymi córeczkami, a co ważniejsze z ojcami naszymi i naszych dzieci, bo ich też nasze prawa i nasza śmierć będą dotyczyć.