niedziela, 7 stycznia 2018

Skąd się bierze samodzielność?

Pytanie w tytule wydaje się być banalne, ale czy na pewno? Rozmawiając z otaczającymi mnie ludźmi wcale nie wydaje mi się, że jest to proste. Mam wrażenie, że ogromna część rodziców oczekuje, aż rzeczona samodzielność „przyjdzie”. Że jest ona czymś, co pojawi się z dnia na dzień, że dziecko nagle zacznie robić wiele rzeczy samo z siebie, gdy po prostu będzie do tego wystarczająco dojrzałe. Równocześnie ci sami rodzice stoją nad dziećmi godzinami prosząc, błagając, strasząc, żeby tylko dziecko zrobiło zadanie domowe. Sprawdzają gimnazjalistom zeszyty, a nawet plecaki, czy aby na pewno nic dziecku nie umknęło. Szykują dzieciom kanapki i dbają, by dzieci w takim wieku, że, które jeszcze kilkanaście lat temu same chodziłyby po zakupy i wracały ze szkoły z kluczem na szyi nie były przypadkiem same w domu, a już broń boże, żeby nie próbowały robić sobie herbaty. Zdaję sobie sprawę, że wszystkie te zachowania biorą się z miłości, z chęci bycia dobrym rodzicem, zapewnienia dziecku tego, co ważne i potrzebne. Osoby, które się tak zachowują naprawdę pragną być dobrymi rodzicami. Problem w tym, że dając tyle z siebie dostarczają sobie i dziecku ogromnych dawek frustracji, bo niestety do samodzielności się nie dorasta. Oczywiście, ze dziecko nie zacznie chodzić, jeżeli nie jest na to gotowe. Ale nie zacznie też chodzić, jeżeli cały czas będzie noszone, albo przypięte pasami do fotelika. Żeby nauczyć się chodzić trzeba najpierw raczkować, potem stawiać pierwsze kroki i milion razy się przewrócić.


Samodzielność zdobywamy tak samo. Zanim dziecko będzie w stanie samo ugotować obiad musi mieć możliwość zbić jajka na jajecznicę, zalać herbatę, zapalić zapałkę. Zanim samo wyjedzie na wakacje potrzebuje zostawać w domu bez opieki, szykować sobie kanapki, trafić ze szkoły do domu. I oczywiście nieraz dziecko zrobi coś źle. Jajecznica się przypali, zapałka poparzy, dziecko zagada się z koleżanką i będzie wracało do domu okrężną drogą. Jasne, że rodzice by tą samą jajecznicę zrobili o wiele lepiej, że kanapka byłaby bardziej estetyczna, a dom mniej zabałaganiony. Ale przecież dziecko potrzebuje uczyć się na własnych błędach. Popełnianie błędów jest dobre i potrzebne. Nigdy nie uczy się tak wiele o świecie i sobie samym, jak właśnie wtedy, gdy popełnia błędy i musi je naprawiać.
A, że kosztuje nas to wiele nerwów? Że zamartwiamy się patrząc na zegarek, gdy dziecko samo wraca? Że patrzymy z przerażeniem, na trzymany przez nie ostry nóż? Cóż – jesteśmy dorośli i powinniśmy sobie radzić ze swoimi lękami, może potrzebujemy wsparcia? Powinniśmy także przyzwyczajać się do niepewności, lęku, braku kontroli nad tym, co się dzieje. Na tym właśnie polega rodzicielstwo. Na cofaniu się o mały krok każdego dnia. Na tym, że oddajemy pola i martwiąc pozwalamy coraz dojrzalszym „dzieciom” na popełnianie coraz większych błędów. Na przytulaniu, zaklejaniu plastrem skaleczonych palców i złamanych serc i pomaganiu w wyciągnięciu własnych wniosków. Pewnego dnia nasze pisklaki opuszczą gniazdo i od nas zależy, czy będą w stanie sobie poradzić, czy daliśmy im wcześniej wystarczająco wolności, by mogły być samodzielne. A martwić będziemy się i tak. Martwią się nasze mamy. Martwią nasze babcie. Martwiły nasze prababcie – decydując się na dziecko decydujemy się na zamartwianie. Nie mamy jednak prawa, zmniejszać naszych zmartwień kosztem dzieci.
Samodzielność sama nie przyjdzie. Trzeba pozwolić dziecku ją budować – nie poprzez aktywne działanie, ale przez aktywne powstrzymywanie się od działania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz