Wszelkie sensowne poradniki dotyczące diety, czy zmiany nawyków żywieniowych zaczynają się od
jednej prostej rady. Każą mianowicie usunąć z szafek słodycze i wszystkie niezdrowe przekąski. Dzieje się tak nie bez powodu. Nasza silna wola ma swoje ograniczenia. Nasze działania są przemyślane tylko w ograniczonym stopniu. Świetnie ilustruje to jedno z klasycznych doświadczeń psychologii społecznej - pracownicom wręczono pudełko czekoladek i patrzono jak często po nie sięgają.
Wiecie co najbardziej wpłynęło na liczbę zjedzonych czekoladek? Nie charakter, waga czy inne stałe cechy tych kobiet. Czynnikiem decydującym była ich dostępność. Te panie, które położyły pudełko na biurku sięgały po czekoladki zdecydowanie częściej, niż te, które miały je w szafie o metr od biurka. Te, które miały je pod ręką po prostu po nie sięgały nawet nie wiedząc, że to robią. Te, które musiały przerwać pracę, by zjeść słodycz rzadziej się na to decydowały, dlatego, że musiały się na to zdecydować - zjedzenie cukierka wiązało się z podjęciem aktywności.
Zwróćcie uwagę, że piszę o normalnych, zdrowych, całkowicie przeciętnych, DOROSŁYCH ludziach. W dodatku wychowanych w nieco innej kulturze, która nie dostarczała nieustannie natychmiastowej gratyfikacji, bo pochodzą one sprzed kilkudziesięciu lat.
A teraz przyjrzyjmy się, czego bardzo często oczekujemy od dzieci: mają one mieć dostęp do komórki, ale mają kontrolować. Mają mieć w zasięgu ręki tablet, pilot i mają być wystarczająco zdyscyplinowane, by po nie nie sięgać. Mają mieć w domu słodycze, ale po nie nie sięgać. Mają się nauczyć kontrolować pod każdym względem. Problem w tym, że w przypadku dzieci 2 letnich, a często i 12 letnich to nie działa. Jasne - czasem tak, bo mózg dojrzewa w różnym tempie u różnych ludzi.
Bardzo często spotykam rodziców pragnących wychować dzieci o silnej samokontroli pragnących by dzieci panowały nad swoimi zachciankami i myślały nad tym, co robią. Jest to bardzo chwalebne, ale...
Po pierwsze - szanuj siebie. Nie utrudniaj sobie życia! Jeżeli możesz uniknąć ciągłego zwracania dziecku uwagi to po prostu tego uniknij. Naprawdę nie warto podporządkowywać życia temu, żeby dziecko nauczyło się nie dotykać pilota, nie bawić wazonami rozłożonymi na najniższej półce, nie wyciągało ciągle makaronu z kuchennej szafki. Tego jest za dużo, a każdy rodzic ma lepsze rzeczy do roboty (na przykład miłe spędzanie czasu z dzieckiem!) niż ciągłe upominanie go.
Po drugie - ważne, żeby dzieci nauczyły się najpierw ważnych rzeczy - niewkładania palców do kontaktu, nie wybiegania na jezdnię i paru innych. To też wymaga samokontroli, a jest ważne. I w dodatku nie da się zmienić - nie zlikwidujemy wszędzie gniazdek i ruchu ulicznego.
Po trzecie tego się nie da zrobić. Niektóre rzeczy mają nieodpartą siłę przyciągania nawet dla dorosłych. Nam samym trudno powiedzieć sobie dość. Marnujemy czas na FB, przed ekranami, zjadamy całą tabliczkę zamiast kostki czekolady. Nie możemy wymagać, żeby dzieci były od nas mądrzejsze i bardziej dojrzałe. Po pierwsze to nierealne, po drugie zwyczajnie nie fair.
Po czwarte - kompetencje rozwijają się poprzez sukcesy, a nie porażki. Jeżeli ułatwimy dziecku zadanie i sprawimy, że zdoła odnieść sukces, następnym razem w trudniejszej sytuacji też spróbuje. Jeżeli postawimy poprzeczkę tak wysoko, że sukces będzie niemożliwy, dziecko nie uwierzy, że w ogóle jest w stanie go odnieść, więc nie będzie próbować. Dodatkowo, uzna, że jest w tym beznadziejne, i że "tak po prostu ma i wszyscy muszą to zaakceptować".
A zatem co? Są dwa rozwiązania, które zastosowane razem czynią cuda. Część pierwsza jest łatwa i pozwala głęboko odetchnąć:
Jeżeli nie możesz zmienić zachowania zmień otoczenie.
Nie chcesz ciągle zabierać dziecku tabletu? Odkładaj go wysoko. Wyłącz go. Załóż blokadę. Nie chcesz, żeby dziecko jadło słodycze/wyżerało z lodówki jogurty, etc? Nie kupuj ich. Boisz się, że stłucze szklane bibeloty, czy stolik? Wynieś to na strych, do piwnicy. Za 10 lat wrócą. Ułatw sobie i dziecku życie.
Często się stykam tu z pytaniem: ale dlaczego ja mam zmieniać swoje otoczenie pod dziecko? Bo ono jest dzieckiem. Bo tak łatwiej. Bo jesteś rodzicem i tobie łatwiej się dostosować, niż jemu. Bo może ono za 40 lat wybuduje rampę, żebyś mógł wjechać na wózku do jego domu. To nie jest rozpieszczanie dziecka, tylko branie na siebie odpowiedzialności za wasze dobre samopoczucie. No i druga strona medalu. Ta trudniejsza:
Zacznij od siebie.
Jeżeli chcesz, żeby dziecko się kontrolowało daj mu dobry przykład. Odłóż komórkę po wejściu do domu i zerkaj na nią, aż dziecko pójdzie spać. Wyłącz telewizor w momencie, gdy skończy się Twój ulubiony program. Zjedz tylko 1 ciasteczko. Przeczytaj książkę zamiast obejrzeć kolejnego odcinka serialu. Jeżeli my dorośli zaczniemy nad sobą pracować, będziemy dawać dobry przykład, a zarazem ułatwiać sobie i dzieciom realizację takich zachowań, to one nauczą się tej samokontroli. Bo zobaczą, że można.
Blog psychologa na temat wychowania w duchu empatii, rodzicielstwie bliskości oraz edukacji domowej
poniedziałek, 15 stycznia 2018
niedziela, 7 stycznia 2018
Skąd się bierze samodzielność?
Samodzielność zdobywamy tak samo.
Zanim dziecko będzie w stanie samo ugotować obiad musi mieć
możliwość zbić jajka na jajecznicę, zalać herbatę, zapalić
zapałkę. Zanim samo wyjedzie na wakacje potrzebuje zostawać w domu
bez opieki, szykować sobie kanapki, trafić ze szkoły do domu. I
oczywiście nieraz dziecko zrobi coś źle. Jajecznica się przypali,
zapałka poparzy, dziecko zagada się z koleżanką i będzie wracało
do domu okrężną drogą. Jasne, że rodzice by tą samą jajecznicę
zrobili o wiele lepiej, że kanapka byłaby bardziej estetyczna, a
dom mniej zabałaganiony. Ale przecież dziecko potrzebuje uczyć się
na własnych błędach. Popełnianie błędów jest dobre i
potrzebne. Nigdy nie uczy się tak wiele o świecie i sobie samym,
jak właśnie wtedy, gdy popełnia błędy i musi je naprawiać.
A, że kosztuje nas to wiele nerwów? Że
zamartwiamy się patrząc na zegarek, gdy dziecko samo wraca? Że patrzymy z przerażeniem, na trzymany przez nie ostry nóż? Cóż –
jesteśmy dorośli i powinniśmy sobie radzić ze swoimi lękami,
może potrzebujemy wsparcia? Powinniśmy także przyzwyczajać się
do niepewności, lęku, braku kontroli nad tym, co się dzieje. Na
tym właśnie polega rodzicielstwo. Na cofaniu się o mały krok
każdego dnia. Na tym, że oddajemy pola i martwiąc pozwalamy coraz
dojrzalszym „dzieciom” na popełnianie coraz większych błędów.
Na przytulaniu, zaklejaniu plastrem skaleczonych palców i złamanych
serc i pomaganiu w wyciągnięciu własnych wniosków. Pewnego dnia
nasze pisklaki opuszczą gniazdo i od nas zależy, czy będą w
stanie sobie poradzić, czy daliśmy im wcześniej wystarczająco
wolności, by mogły być samodzielne. A martwić będziemy się i
tak. Martwią się nasze mamy. Martwią nasze babcie. Martwiły nasze
prababcie – decydując się na dziecko decydujemy się na
zamartwianie. Nie mamy jednak prawa, zmniejszać naszych zmartwień
kosztem dzieci.
Samodzielność sama nie przyjdzie.
Trzeba pozwolić dziecku ją budować – nie poprzez aktywne
działanie, ale przez aktywne powstrzymywanie się od działania.
wtorek, 2 stycznia 2018
Jakie ty możesz mieć problemy, przecież jesteś dzieckiem!
Uwielbiam książki
Ericha Kestnera. Czytając je (lub słuchając, co łatwiejsze, bo w
ostatnim *)
zupełnie nie czuć, że zostały napisane przed blisko stu laty. Co
więcej, podejście autora do dzieci do dziś jest rzadkie – są
tam traktowane serio, bez patrzenia z góry, z pełną empatią i
zrozumieniem. Szczególnie zachwyciła mnie przedmowa do „Latającej
Klasy”, w której pisze o tym, że dzieci wcale nie są z zasady
szczęśliwe i tragedie przez nie przeżywane wcale nie są mniejsze
od tych dorosłych. No i właśnie o tym, że małe dzieci wcale nie
mają małych problemów.
dziesięcioleciu wydane zostały wyłącznie w formie
audio
Niestety nie jest po
przekonanie powszechne, o czym niedawno przyszło mi się przekonać
w pracy. Niestety niektórzy rodzice nie uświadamiają sobie, że
dzieci miewają problemy i to bardzo poważne. Co więcej dla nich
samych są to problemy często o wiele większe niż dla dorosłych.
Dzieje się tak z dwóch powodów. Po pierwsze dzieci mają
ograniczone możliwości w radzeniu sobie z problemami. Z jednej
strony dlatego, że ich mózg nie jest jeszcze w pełni dojrzały
(nie jest taki do 18 a według niektórych autorów nawet do 25 roku
życia!), nie mogą wpływać na swoje emocje równie skutecznie, nie
mogą nabrać do problemów dystansu. Doświadczyły w swoim życiu
mniej, mają mniejsze doświadczenie w rozwiązywaniu problemów,
mniejszy także mają zakres dostępnych strategii. Z tego powodu
problemy, które dla nas – dorosłych wydają się niewielkie mogą
po prostu dziecko emocjonalnie, a nawet poznawczo przerastać.
Po drugie dzieci mają o
wiele mniejszą możliwość manewru. Jakby nie patrzeć dorosły
mając problem może zrobić bardzo wiele – od telefonu do
przyjaciela, wizyty u terapeuty, zmianę pracy po zakup nowych butów.
Tak naprawdę możliwości jego są ograniczone tylko wyobraźnią i
zasobnością portfela. W przypadku dziecka jest zupełnie inaczej,
bo ma przecież bardzo ograniczony wpływ na własne życie. Dziecko
nie może zdecydować o niepójściu do szkoły, o niewidzeniu
eksprzyjaciółki, o niemieszkaniu w pokoju z siostrą, z którą się
pokłóciło. Tak naprawdę nie ma nawet jak szukać wsparcia na
własną rękę. Jeżeli problem dziecko przerasta (a jest to bardzo
częste) ono po prostu potrzebuje wsparcia u osób, które są
najbliżej, czyli rodziców.
Rolą rodziców jest
właśnie tego wsparcia udzielić okazując przy tym delikatność i
szacunek. W większości przypadków (nawet dorosłych!) najlepszym
co możemy zrobić dla drugiego człowieka, to po prostu go
przytulić. I to jest właśnie to, czego potrzebuje dziecko w
kłopocie. Drugą rzeczą jest wysłuchanie go – jeżeli tylko chce
mówić. Łączy się to z jedną z najgorszych, choć najczęściej
stosowanych strategii, czyli przesłuchaniem. Zanim zadamy dziecku
jakieś pytanie zastanówmy się, po co to robimy. Czy chodzi o
udzielenie dziecku wsparcia – realną pomoc, czy o zaspokojenie
własnej ciekawości i uspokojenie swoich nerwów? Jeżeli chodzi o
pierwszą kwestię – wytłumaczmy dziecku dlaczego chcemy wiedzieć
co się stało i pozwólmy mu zdecydować czy i ile chce nam
opowiedzieć. Jeżeli o drugą – dajmy sobie spokój. Jesteśmy
dorośli, możemy trochę poczekać. Jeżeli dziecko nie chce mówić,
pewnie ma ku temu powód. Najprawdopodobniej właśnie taki, że
potrzebuje empatii i pomocy, a nie zaspokajania potrzeb dorosłego.
No i rzeczą, której na
pewno nie potrzebuje jest ocena tego, czy problem jest duży, czy
mały. Dzieci często miewają bardzo dorosłe problemy, których w
ogóle nie są w stanie konstruktywnie rozwiązać. Często też mają
problemy na miarę swojego wieku i te też są dla nich bardzo dużymi
problemami – czy chodzi o zostanie w przedszkolu, kłótnię z
koleżanką, czy odtrącenie przez rówieśników. To są duże
problemy, z perspektywy dziecka – wręcz ogromne i dorosły ma
obowiązek to uszanować. Jeszcze nikt nigdy nie przedefiniował
spojrzenia na swoje problemy, dlatego, że zostały uznane za małe
lub głupie. Co najwyżej uznał, że sam jest głupi, że nie
potrafi sobie z tym poradzić. A głęboko wierzę, że żadnemu
rodzicowi taki cel nie przyświeca.
*Przez
wydawnictwo Jung-off-ska, genialnie przeczytane przez Piotra
Fronczewskiego
sobota, 16 grudnia 2017
Narzędzia w wychowaniu bez nagród i kar
Bardzo często rodzice czują się
zagubieni i pozbawieni narzędzi wychowawczych. Zdarza się to bardzo
często wtedy, gdy rodzice, którzy sami wychowywali się w surowych
domach pragną zgotować swoim dzieciom zupełnie odmienny los i
świadomie postanawiają zrezygnować ze stosowania kar i nagród na
rzecz „innej” strategii. Ta inność niekiedy przybiera cechy
bezsilności i działania chaotycznego.
Paradoksalnie pod tą samą ścianą
stają często rodzice, którzy podejmują inną decyzję – ci,
którzy używają nagród i kar, lecz w pewnym momencie dziecko
zaczyna wchodzić w okres dojrzewania (choć nie jest to konieczne,
bo zdarza się i u dzieci młodszych) i nagrody i kary najpierw
zaczynają się dewaluować, a później całkiem tracą moc
oddziaływania i zmieniania zachowania dziecka.
Jedni i drudzy rodzice znajdują się
wtedy w podobnym miejscu – czują, że aby cokolwiek zmienić
musieliby sięgnąć po narzędzia, po które sięgać nie chcą
(krzyki, bicie itp.), a z drugiej strony nie mogą już znieść
sytuacji, w której tracą nie tylko kontrolę, ale jakikolwiek wpływ
na to, co dzieje się z ich, często bardzo jeszcze młodym,
potomstwem. W swoim mniemaniu nie są w posiadaniu skutecznych
narzędzi. Tak naprawdę nie jest to jednak prawda – przynajmniej
połowę z tych, które są nie tylko niezbędne, ale i wystarczające
– mają w garści. Tyle tylko, że nie umieją ich użyć.
Pierwszym z narzędzi jest miłość,
która sprawia, że się troszczymy i martwimy, że pomagamy, i
podnosimy po kolejnych upadkach. Niektórym łatwo jest po nią
sięgnąć innym trudniej, ale generalnie zdecydowana większość
rodziców i chyba wszyscy, z którymi miałam w życiu do czynienia
mieli jej dla swoich dzieci pod dostatkiem. Problem w tym, że często
uczucie to bywa bardzo asymetryczne – skierowane na wszystkich
wokoło – na dzieci, męża, często na własnych rodziców, ale
nie na siebie. I właśnie w tym tkwi często problem. Trudno
nakłonić do współpracy kogoś, kto wie, że kochamy go
bezwarunkowo, jednocześnie samym sobą wysyłając sygnały, że my
sami na takową miłość nie zasługujemy. Aby ludzie wokół nas
traktowali nas dobrze, my sami powinniśmy siebie dobrze traktować.
Tak dobrze, jak inne osoby, które kochamy.
Bardzo podobny problem jest z drugim
narzędziem, jakim jest szacunek, tylko, że tutaj szalki wagi
wychylają się w obie strony. Część rodziców głęboko szanuje
swoje dzieci jako osoby, darzy szacunkiem także ich potrzeby i robi
wszystko, by umożliwić dziecku zaspokojenie ich. Nie darzy jednak
tym samym uczuciem samego siebie i nie dąży do zaspokojenia
własnych potrzeb. Powstaje wtedy niebezpieczna sytuacja, gdy jedna
osoba znajduje się w centrum, wierząc, że reszta świata istnieje,
by ułatwiać mu życie. Tak wychowywane dziecko trudno skłonić do
współpracy, bo ono nie ma pojęcia po co miałoby współpracować.
Inaczej wygląda, gdy dziecko nie jest
szanowane. Bardzo ważne jest zwrócenie uwagi, że wiele bardzo
kochanych dzieci wcale nie jest darzonych należnym szacunkiem. Są
one upominane, publicznie sztorcowane, karane, zawstydzane dlatego,
ze rodzice ich kochają i chcą, by wyrośli na „porządnych”
ludzi. Takie dzieci także odmawiają współpracy z rodzicem. Nie
chcą słuchać kogoś, kto nie okazuje mu szacunku, nie mają nawet
ochoty zagłębiać się w to, czy są kochane, czy nie. Po prostu
aby zachować szacunek wobec siebie samych muszą sprzeciwić się
takiemu traktowaniu. Często doprowadza to rodziców do desperacji,
szukają kolejnych metod, które z kolei sprawiają, ze opór dziecka
rośnie.
Zanim zatem zatem ktokolwiek zacznie
szukać cudownych metod, czy tricków wychowawczych powinien spojrzeć
na swoje myśli i uczucia i odpowiedzieć sobie szczerze na kilka
pytań.
Kogo kocham?
Czy wśród kochanych przeze mnie
samego osób znajduję się ja sam? Czy jestem dla siebie
wystarczająco ważny by zwracać uwagę na to, gdy ktoś przekracza
moje granicę? Czy jestem dla siebie na tyle ważny, by je chronić?
Kogo szanuję?
Czy darzę szacunkiem swoje dziecko?
Czy szanuję jego potrzeby? Czy mam w sobie zgodę na to, by ono samo
traktowało swoje potrzeby poważnie? Czy szanuję siebie? Czy
pozwalam sobie samemu traktować poważnie swoje potrzeby? Czy mam w
sobie zgodę, by czasem stawiać na piedestale potrzeby własne, a
czasem innych ludzi, także dzieci?
Po przeanalizowaniu tych pytań i
szczerej na nie odpowiedzi najczęściej uchwycić można przyczynę
dla której czujemy się przyparci do muru. Jeżeli w którymkolwiek
przypadku szalki wagi wyraźnie wychylają się w którąż ze stron,
to zanim zaczniecie czytać książki zawierające „metody
wychowawcze” spróbujcie poszukać sposobu na wyrównanie tych
szal. Nawet, jeżeli nie ma prostego sposobu na pokochanie siebie,
można zacząć od prostej rzeczy – okazywania sobie od czasu do
czasu tego uczucia – pozwalania sobie na chwile słabości,
lenistwa, czy zwyczajnego odpoczynku. Jeżeli okazało się, ze
brakuje szacunku do dziecka , można spróbować go lepiej poznać,
spojrzeć jak na interesującego obcego – kogoś, kto po prostu
jest, a nie kto ma się w każdej chwili stawać tym, kim
chcielibyśmy go widzieć. Wtedy łatwiej będzie obdarzyć go
większym szacunkiem. Zmieni się nasze zachowanie – to co myślimy
i czujemy zmieni to, co i jak mówimy. Zmieni się zatem i nasza
relacja z dzieckiem, a co za tym idzie jego zachowanie. Bez metod i
technik rodem z laboratorium.
poniedziałek, 11 grudnia 2017
O „fińskim modelu edukacji” po lekturze książki „Fińskie dzieci uczą się najlepiej”
O fińskiej edukacji pisze się
ostatnio dużo. Są artykuły (głównie opiewające cudowne wyniki
egzaminów PISA), są infografiki, które próbują przedstawić
fiński system nauczania w pigułce kładąc nacisk na jego
wyjątkowość i nowatorstwo. Wydaje się, że bardzo wielu ludzi
próbuje znaleźć tą cudowną metodę, która czyni tamtejsze
dzieci wyjątkowymi, dzięki której „uczą się najlepiej”. W
tym całym zalewie zachwytu fińskością trafiamy na książkę,
która bardzo mocno ściąga nas na ziemię. A robi to dlatego, że
pokazuje, że tu nie chodzi o żadne nowoczesne metody, systemy,
żadną rewolucyjność. Właściwie po tej lekturze wydaje mi się,
że całą magię tamtejszej edukacji można zamknąć w jednym
słowie: SZACUNEK.
Pewnie w tym momencie wielu
czytelników pomyśli „no tak, bo te nasze dzieci nie szanują dziś
nauczycieli”, więc od razu uprzedzam to zupełnie nie o to chodzi.
Dzieci są na samym końcu łańcucha pokarmowego i to, czy one kogoś
szanują wynika z tego, co dzieje się o wiele wyżej. Zacznijmy więc
od góry, a mianowicie od ministerstwa edukacji, które szanuje zawód
nauczyciela. I okazuje to na wiele sposobów. Po pierwsze mocno
ogranicza liczbę ludzi, którzy mogą nauczać i wychowywać młode
pokolenie. Jest to zawód elitarny, którego uczyć mogą tylko
najlepsze uniwersytety (a nie, jak u nas w kraju setki prywatnych
szkół, gdzie otrzymanie dyplomu jest kwestią formalności i można
go mieć nie widząc dziecka na oczy). Trzeba się zatem natrudzić,
by na takie studia się dostać i je ukończyć. Gdy się to jednak
zrobi i otrzyma pracę można liczyć na godną pensję. Nauczyciel
nie zarabia tyle co lekarz, czy prawnik, ale różnica między ich
zarobkami to nie jest absolutna przepaść. Nauczyciel nie musi
zatem dorabiać (nie bardzo miałby gdzie, bo korepetycji nie ma).
Zamiast tego może po prostu odpocząć na tyle, by następnego dnia
przyjść do szkoły naprawdę będąc gotowym do pracy. A odpoczywać
rzeczywiście ma kiedy, bo spędza w szkole (i rzeczywiście pilnuje
się, by spędzał tyle, nie więcej) 24 godziny w tygodniu, z czego
tylko 18 jest dydaktycznych.
Co jest wielkim zaskoczeniem, czasu w
domu również zazwyczaj nie musi poświęcać pracy, bo nie
realizuje żadnego wyszukanego programu. Większość tamtejszych
nauczycieli pracuje z podręcznikami i ćwiczeniami, więc wszelkie
inne działania są po prostu dodatkiem, nie codziennością i nie
spędzają snu z powiek.
Szacunek wobec nauczyciela ma też
dyrekcja, która stara się go wspierać, ale też pilnuje, by
wychodził o właściwej porze. Szacunek ma też rodzic. Nauczyciel
jest w Finlandii uważany za specjalistę od swojej pracy, a zatem
rodzice nie ingerują zazwyczaj w sposób nauczania. Nauczyciel
odnosi się do nich z szacunkiem, ale nie musi im nadskakiwać, a
rodzice w zamian mu ufają, wiedząc, że w razie potrzeby zostaną o
ważnych kwestiach poinformowani.
Klimat ten sprawia, że wzajemny
szacunek panować może również między nauczycielem a uczniem. Z
naciskiem na tego ostatniego, bo tam uczniowie mają rzeczywiście
prawa, które są respektowane. Przy czym nie koniecznie wygląda to
tak różowo, jak pokazują infografiki, bo przykładowo zadania
domowe w Finlandii są. Zasada jest taka, że nie są to miliony
odtwórczych ćwiczeń, ale krótkie zadanie, które dziecko może i
powinno wykonać całkowicie samo w wolnym czasie, którego mu nie
brakuje. Lekcji bowiem jest tam mało, a na każde 45 minut
spędzonych w klasie przypada 15 minut przerwy obowiązkowo spędzanej
na dworze (chyba, że temperatura spada do -15 stopni). W tym czasie
nauczyciel rozmawia z kolegami w pokoju nauczycielskim i pije kawę.
Podstawową zasadą w odniesieniu do
dzieci w szkole jest ich dobre samopoczucie. Dziecko ma być tam
szczęśliwe i bezpieczne. Ma być możliwie mało zestresowane i
wypoczęte. I wcale nie oznacza to braku sprawdzianów. Nie ma
ogólnokrajowych testów, ale nauczyciele robią sprawdziany. I do
złudzenia przypominają one sprawdziany, jakie pisano w polskich
szkołach 20 lat temu. Nie są to testy wyboru, tylko pisemne
odpowiedzi na pytania zaczynające się od „dlaczego?”.
Podobieństw do systemu, który pamięta moje pokolenie jest zresztą
więcej. Dzieci piszą w zeszytach, rzadko używa się elektroniki i
nauka odbywa się na linii uczeń – nauczyciel, bez aktywnego
udziału rodziców. W takiej szkole szacunek ucznia do nauczyciela
jest czymś naturalnym. Nie trzeba go uczyć, czy wymuszać, dlaczego
bowiem dzieci miałyby nie szanować ludzi, którzy chcą z nimi
współpracować i dbają o ich dobrostan?
Czytając tą książkę najpierw
odczuwałam coraz większe zdziwienie, a później frustrację, bo
okazało się, że wszystkie polskie reformy ostatnich 25 lat
właściwie szły zupełnie nie w tą stronę, w którą powinny.
Okazało się, że szkoła jaką pamiętam była całkiem niezła i
zamiast ją dzielić, scalać, wprowadzać dodatkowe egzaminy,
wprowadzać nowoczesne metody, trzeba było pójść w zupełnie
innym kierunku. Trzeba było znaleźć sposób, na wprowadzenie do
szkół wzajemnego szacunku. Co prawda musiałby on iść tak, jak w
Finlandii, z góry, ale to mogło by się wtedy udać, bo nauczyciel
miał autorytet. Gdyby naszą starą szkołę doprawiono szczyptą
szacunku, byłaby ona właściwie szkołą fińską. A tak stała się
bardziej kolorowa, lepiej kontrolowana, ale moim zdaniem wcale nie
lepsza.
Dlaczego w tym roku nie będzie klocków pod choinką?
Uwielbiam Lego. Przepadałam za nimi od
kiedy pamiętam, czyli od 5 roku życia, kiedy to dostałam pierwszy
(i jeden z dwóch) zestaw Lego z Pewexu. Wystany przez rodziców za
uciułane dolary. Bawiłam się nim długo po tym, jak wszystkie
swoje zabawki wyniosłam do piwnicy. Jak zostałam mamą to miałam
wielką radochę, że będę mogła kupować klocki dzieciom, bawić
się nimi i znów być dzieckiem.
Coś jednak poszło nie tak. Puki byli mali i bawili się dużymi klockami wszystko było super. Gdy jednak pojawiły się duże zestawy małych klocków – koparek ciężarówek, łodzi podwodnych, rakiet i innych cudów coś się zepsuło. Klocki dawały radość. Przez 15 minut do 2 godzin w zależności od rozmiaru zestawu. Potem lądowały na półce – zbudowane, gotowe, skończone. Nawet z klocków po rodzicach zostały zbudowane pojazdy (na szczęście nie według instrukcji) i klocki utknęły w ustalonej formie.
Zajmują dwie wielkie półki. Czasem zostają wyciągnięte, ustawione, dopisana zostaje jakaś historia, ale ostatecznie lądują w szafie. Nie w formie rozłożonej, gotowej do tworzenia nowych postaci, maszyn, historii, tylko w formie gotowej, złożonej. I to mimo tego, że właściwie nigdy nie mieli specjalnie zabawek (poza tymi klockami, grami i maskotkami).
Najpierw mnie to irytowało, potem smuciło, a w końcu to zaakceptowałam i machnęłam na to ręką. Trudno. Może kiedyś je rozłożą, może jeszcze kiedyś będą się nimi naprawdę bawić, chociaż wątpię bo są dość duzi i pewnie zaraz w ogóle z nich wyrosną. Długo zastanawiałam się o co chodzi. Dlaczego mi dwa średnie zestawy lego dostarczyły więcej radości, niż im cała masa?
Po długim czasie chyba już wiem. Chodzi o ilość. O to, że nauczyłam ich, że fajne jest nowe. Że klocki są bardziej czymś do kolekcjonowania, niż do układania. Mam wrażenie, że nie jestem w tym osamotniona, że wiele dzieci współcześnie mniej się tymi klockami bawi, mniej z nich konstruuje, mniej o nich myśli. Znów prawdą okazało się, że mniej znaczy więcej niestety.
Dlatego po raz pierwszy od 10 lat pod choinką nie znajdą się klocki. Znajdą się tam głównie książki, które na szczęście nie leżą na półkach, tylko pozostają w ciągłym użyciu. Myśląc pozytywnie mogę po prostu wyciągnąć wniosek, że na klocki nie starcza po prostu czasu.
Coś jednak poszło nie tak. Puki byli mali i bawili się dużymi klockami wszystko było super. Gdy jednak pojawiły się duże zestawy małych klocków – koparek ciężarówek, łodzi podwodnych, rakiet i innych cudów coś się zepsuło. Klocki dawały radość. Przez 15 minut do 2 godzin w zależności od rozmiaru zestawu. Potem lądowały na półce – zbudowane, gotowe, skończone. Nawet z klocków po rodzicach zostały zbudowane pojazdy (na szczęście nie według instrukcji) i klocki utknęły w ustalonej formie.
Zajmują dwie wielkie półki. Czasem zostają wyciągnięte, ustawione, dopisana zostaje jakaś historia, ale ostatecznie lądują w szafie. Nie w formie rozłożonej, gotowej do tworzenia nowych postaci, maszyn, historii, tylko w formie gotowej, złożonej. I to mimo tego, że właściwie nigdy nie mieli specjalnie zabawek (poza tymi klockami, grami i maskotkami).
Najpierw mnie to irytowało, potem smuciło, a w końcu to zaakceptowałam i machnęłam na to ręką. Trudno. Może kiedyś je rozłożą, może jeszcze kiedyś będą się nimi naprawdę bawić, chociaż wątpię bo są dość duzi i pewnie zaraz w ogóle z nich wyrosną. Długo zastanawiałam się o co chodzi. Dlaczego mi dwa średnie zestawy lego dostarczyły więcej radości, niż im cała masa?
Po długim czasie chyba już wiem. Chodzi o ilość. O to, że nauczyłam ich, że fajne jest nowe. Że klocki są bardziej czymś do kolekcjonowania, niż do układania. Mam wrażenie, że nie jestem w tym osamotniona, że wiele dzieci współcześnie mniej się tymi klockami bawi, mniej z nich konstruuje, mniej o nich myśli. Znów prawdą okazało się, że mniej znaczy więcej niestety.
Dlatego po raz pierwszy od 10 lat pod choinką nie znajdą się klocki. Znajdą się tam głównie książki, które na szczęście nie leżą na półkach, tylko pozostają w ciągłym użyciu. Myśląc pozytywnie mogę po prostu wyciągnąć wniosek, że na klocki nie starcza po prostu czasu.
niedziela, 14 maja 2017
Zmiany w prawie żłobkowym
Partia rządząca ogłosiła ostatnio, że ma pomysł na to, by więcej dzieci mogło uczęszczać do żłobków. Ma być więcej placówek opieki, mają być tańsze w prowadzeniu i, co za tym idzie tańsze dla rodziców. Wydaje się, że będzie dobrze, prawda? Nie będzie. Jeżeli prawo wejdzie w życie żłobki staną się przechowalniami, a dzieci zamiast rozwijać, będą się cofać w rozwoju. Dlaczego? Już tłumaczę.
Opiekowaliście się kiedyś roczniakiem? Skoro tu trafiliście, to pewnie tak. A może zdarzyło się Wam opiekować trójką roczniaków? Jeżeli nie pracowaliście nigdy w żłobku, to pewnie nie. To wyobraźcie sobie, że w tej chwili opiekunka ma pod opieką 8 dzieci, a według nowego prawa miałaby ich mieć nawet 10. Czy jesteście sobie to w stanie wyobrazić? Jeżeli jesteście rodzicami, to pewnie zauważacie, jak bardzo i jak często Wasze dziecko Was potrzebuje, ile chce mieć uwagi, jak często płacze i wymaga utulenia. Pewnie też zdajecie sobie sprawę, jak bardzo zmęczona jest osoba opiekująca się roczniakiem, czy dwulatkiem. Dzieci uczęszczające do żłobków mają takie same potrzeby. Też chcą być tulone, brane na ręce, uspokajane, też chcą, żeby ktoś poświęcił uwagę tylko im, poczytał, mówił do nich i pokazywał świat. Dokładnie tego samego pragnie maluch w żłobku. Dokładnie na to samo zasługuje. Już ósemka dzieci na jednego opiekuna to liczba wręcz horrendalna, uniemożliwiająca wyjście naprzeciw potrzebom każdego dziecka. Ta liczbę należy koniecznie zmniejszać, by dzieci miały lepsza opiekę, a nie powiększać. W dodatku opiekunka w żłobku jest człowiekiem i ma ograniczone możliwości. Jedno, że ma tylko dwie ręce i nie jest w stanie objąć, przytulić, wziąć na ręce więcej, niż jednego, dwoje dzieci. Ma też ograniczony czas, przecież oprócz opieki ma jeszcze prowadzić zajęcia, karmić, przewijać (!), usypiać. Jeżeli ma zbyt wielu podopiecznych, to po prostu nie może się nimi dobrze opiekować, choćby chciała, a gdy tak jest ma dwa wyjścia. Albo się uodparnia i wtedy przestaje być dobrą opiekunką, bo już nie wyjdzie naprzeciw potrzebom dziecka, albo odchodzi, bo nie może znieść patrzenia na to, jak dzieci się męczą. Czy naprawdę tego chcą rządzący? Nieczułych, zmęczonych, wypalonych maszyn? To nieludzkie zarówno dla dzieci, jak i dla tych biednych przemęczonych kobiet.
Po drugie - brak limitu dzieci w grupie. Nie wyobrażam sobie, jak może dobrze funkcjonować i rozwijać się dwadzieścioro, czy może trzydzieścioro półtoraroczniaków w jednej sali. Przecież one muszą czuć się jak szczury w klatce. W takiej sali będzie gorąco, duszno, głośno. dzieci będą na siebie wpadać, będą bić się o zabawki i zwyczajnie o przestrzeń. Efekt będzie dokładnie taki, jak w przypadku szczurów w przepełnionych klatkach - stres, potwornie wysoki poziom stresu. Już sam pobyt w żłobku to duży stres dla malucha, a pobyt w przeludnionym żłobku to stres tak duży, że dziecko nie będzie mogło spać, nie będzie chciało jeść, będzie chorować. Krótko mówiąc - nie będzie się dobrze rozwijać ani fizycznie ani psychicznie. Zwłaszcza, jeżeli nie będzie miał go kto ukoić, bo przecież każda opiekunka będzie miała pod opieką 10 dzieci.
Kolejna rzecz - sen. Dziecko aby w miarę dobrze funkcjonować potrzebuje snu. Także w ciągu dnia. Nie będzie go jednak mogło zaznać, gdyż nie będzie sali do spania. Każdy, kto kiedykolwiek pracował w żłobku wie, że dzieci usypiają różnie. Z reguły jest tak, że ci, którzy pierwsi zasypiają, pierwsi się budzą. Często krótko po tym, jak uda się zasnąć ostatnim. W normalnych warunkach po prostu obudzonych zabiera się z sali, by dali spać pozostałym. Jeżeli nie będzie osobnej sali, to dzieci nie będą spać prawie wcale. Zwłaszcza, że nie będzie gdzie rozstawić łóżeczek dla najmłodszych.
Umożliwianie opieki nad najmłodszymi osobom bez jakiegokolwiek przygotowania to też zły pomysł. Opieka nad dziećmi, zwłaszcza wieloma to trudne i wyczerpujące zajęcie, które naprawdę wymaga wiedzy i umiejętności. Zwłaszcza, jeżeli mamy wspierać rozwój dzieci w żłobkach, a nie je przechowywać.
Opiekowaliście się kiedyś roczniakiem? Skoro tu trafiliście, to pewnie tak. A może zdarzyło się Wam opiekować trójką roczniaków? Jeżeli nie pracowaliście nigdy w żłobku, to pewnie nie. To wyobraźcie sobie, że w tej chwili opiekunka ma pod opieką 8 dzieci, a według nowego prawa miałaby ich mieć nawet 10. Czy jesteście sobie to w stanie wyobrazić? Jeżeli jesteście rodzicami, to pewnie zauważacie, jak bardzo i jak często Wasze dziecko Was potrzebuje, ile chce mieć uwagi, jak często płacze i wymaga utulenia. Pewnie też zdajecie sobie sprawę, jak bardzo zmęczona jest osoba opiekująca się roczniakiem, czy dwulatkiem. Dzieci uczęszczające do żłobków mają takie same potrzeby. Też chcą być tulone, brane na ręce, uspokajane, też chcą, żeby ktoś poświęcił uwagę tylko im, poczytał, mówił do nich i pokazywał świat. Dokładnie tego samego pragnie maluch w żłobku. Dokładnie na to samo zasługuje. Już ósemka dzieci na jednego opiekuna to liczba wręcz horrendalna, uniemożliwiająca wyjście naprzeciw potrzebom każdego dziecka. Ta liczbę należy koniecznie zmniejszać, by dzieci miały lepsza opiekę, a nie powiększać. W dodatku opiekunka w żłobku jest człowiekiem i ma ograniczone możliwości. Jedno, że ma tylko dwie ręce i nie jest w stanie objąć, przytulić, wziąć na ręce więcej, niż jednego, dwoje dzieci. Ma też ograniczony czas, przecież oprócz opieki ma jeszcze prowadzić zajęcia, karmić, przewijać (!), usypiać. Jeżeli ma zbyt wielu podopiecznych, to po prostu nie może się nimi dobrze opiekować, choćby chciała, a gdy tak jest ma dwa wyjścia. Albo się uodparnia i wtedy przestaje być dobrą opiekunką, bo już nie wyjdzie naprzeciw potrzebom dziecka, albo odchodzi, bo nie może znieść patrzenia na to, jak dzieci się męczą. Czy naprawdę tego chcą rządzący? Nieczułych, zmęczonych, wypalonych maszyn? To nieludzkie zarówno dla dzieci, jak i dla tych biednych przemęczonych kobiet.
Po drugie - brak limitu dzieci w grupie. Nie wyobrażam sobie, jak może dobrze funkcjonować i rozwijać się dwadzieścioro, czy może trzydzieścioro półtoraroczniaków w jednej sali. Przecież one muszą czuć się jak szczury w klatce. W takiej sali będzie gorąco, duszno, głośno. dzieci będą na siebie wpadać, będą bić się o zabawki i zwyczajnie o przestrzeń. Efekt będzie dokładnie taki, jak w przypadku szczurów w przepełnionych klatkach - stres, potwornie wysoki poziom stresu. Już sam pobyt w żłobku to duży stres dla malucha, a pobyt w przeludnionym żłobku to stres tak duży, że dziecko nie będzie mogło spać, nie będzie chciało jeść, będzie chorować. Krótko mówiąc - nie będzie się dobrze rozwijać ani fizycznie ani psychicznie. Zwłaszcza, jeżeli nie będzie miał go kto ukoić, bo przecież każda opiekunka będzie miała pod opieką 10 dzieci.
Kolejna rzecz - sen. Dziecko aby w miarę dobrze funkcjonować potrzebuje snu. Także w ciągu dnia. Nie będzie go jednak mogło zaznać, gdyż nie będzie sali do spania. Każdy, kto kiedykolwiek pracował w żłobku wie, że dzieci usypiają różnie. Z reguły jest tak, że ci, którzy pierwsi zasypiają, pierwsi się budzą. Często krótko po tym, jak uda się zasnąć ostatnim. W normalnych warunkach po prostu obudzonych zabiera się z sali, by dali spać pozostałym. Jeżeli nie będzie osobnej sali, to dzieci nie będą spać prawie wcale. Zwłaszcza, że nie będzie gdzie rozstawić łóżeczek dla najmłodszych.
Umożliwianie opieki nad najmłodszymi osobom bez jakiegokolwiek przygotowania to też zły pomysł. Opieka nad dziećmi, zwłaszcza wieloma to trudne i wyczerpujące zajęcie, które naprawdę wymaga wiedzy i umiejętności. Zwłaszcza, jeżeli mamy wspierać rozwój dzieci w żłobkach, a nie je przechowywać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
