Niedawno prowadziłam warsztaty i poznałam tam pewną mamę, która przyszła głównie po to, żeby upewnić się, czy to, że idzie za intuicją jest dobre dla jej dziecka. Jest, ale nie o to chodzi. Jej dziecko ma zdiagnozowany zespół Aspergera i z tego, co mówiła mama, prawdopodobnie rzeczywiście go ma. Z resztą na diagnozę trafiła dlatego, że pewna wnikliwa i doświadczona osoba znająca dziecko i obserwująca je przez dłuższy czas poczuła się zaniepokojona i swoim zaniepokojeniem podzieliła się z mamą, która potraktowała je poważnie i poszła na diagnozę do psychologa. Jak dotąd historia jest świetna, bo dziecko dostaje to, czego potrzebuje.
Wizyta u psychologa jednak przebiegła w sposób nieco dziwny, gdyż cytat z tytułu notki padł po jakichś 15 minutach rozmowy z dzieckiem. Trzyletnim. Między innymi na podstawie tego, że dziecko czerwoną kropkę nazwało flagą Japonii. To jest dziwne i budzi we mnie sprzeciw i bunt. Dlaczego? A no dlatego, że dzieci bywają po prostu mądre. Widziałam wiele dzieci interesujących się dziwnymi rzeczami i żadna z nich nie była wystarczająca wskazówką w kierunku diagnozy Aspergera. Po drugie przez 15 minut, to można zdiagnozować przeziębienie, czy zapalenie krtani, natomiast zupełnie nic nie da się zdiagnozować u trzylatka. Trzylatek u psychologa ma prawo się nie odzywać. Ma prawo nie patrzeć na osobę go diagnozującą. Ma prawo się kulić i chować. (Inna sprawa, że dziecko nie robiło żadnej z tych rzeczy) i nie oznacza to, że ma zaburzenia. Po prostu jestem obcą osobą, w obcym miejscu, a mama bardzo często obawia się mnie i tego, co mogę powiedzieć, a to oznacza, że dziecko otrzymuje jasne sygnały, że znajduje się w sytuacji zagrożenia.
Dlatego właśnie cokolwiek o dziecku mogę powiedzieć nie wcześniej, niż po upływie godziny, kiedy większość dzieci jest w stanie odprężyć się na tyle, by nawiązać ze mną kontakt. Co więcej - jeżeli mam podejrzenia co do spektrum autyzmu zawsze wysyłam rodziców do poradni zajmującej się tym tematem i tam czeka je wieloetapowa diagnoza. Jeżeli natomiast podejrzewam Aspergera, daję rodzicom kilka rad, proponuję zmianę w codzienności dziecka i dopiero, jeżeli nic się nie zmienia kieruję na dalszą diagnozę. Jak dotąd większość dzieci po usunięciu elektroniki, telewizji, stresorów i uzyskaniu większej uwagi rodziców zaczynała funkcjonować o wiele lepiej (rzadko idealnie, ale po prostu normalnie). Niektóre wymagały dalszej diagnozy i pomocy. Nigdy jednak nie powiedziałabym nikomu, że jego dziecko cierpi na to, czy tamto po piętnastu minutach od poznania go. I nikt, choćby miał rentgena w oczach nie powinien takich rzeczy mówić, bo nie może tego wiedzieć. Nie może mieć pewności, a raz przyklejona etykietka może zmienić życie małego człowieka na gorsze. Na zawsze.
Jeżeli zatem jesteś rodzicem, który zauważa niepokojące zachowania u swego dziecka, albo który otrzymuje sygnały, że dziecko rozwija się w jakiś sposób nieprawidłowo, idź do specjalisty, sprawdź to, dowiedz się, jak mu pomóc. Ale nigdy nie wierz wyroczniom. Nikt nie zdiagnozuje poważnych zaburzeń poznawczych lub emocjonalnych w kilkanaście minut. Żeby postawić właściwą diagnozę potrzeba czasu i znajomości dziecka. W psychologii, zwłaszcza dziecięcej nie ma prostych odpowiedzi, a jeżeli takie słyszysz idź do kogoś innego i sprawdź, czy aby na pewno diagnoza jest słuszna. Każdy może się pomylić, zwłaszcza ktoś, kto nadmiernie wierzy w swoją nieomylność.
Blog psychologa na temat wychowania w duchu empatii, rodzicielstwie bliskości oraz edukacji domowej
piątek, 5 maja 2017
poniedziałek, 1 maja 2017
To normalne!
Jakiś czas temu zupełnym przypadkiem trafiłam na książkę wydaną przez Znak, która przeszła z jakiegoś powodu zupełnie bez echa. Prawdę mówiąc za każdym razem, gdy rozmawiam z ludźmi ze "środowiska", czyli bliskościowców, NVCowców, czy po prostu zaangażowanymi rodzicami, to pierwszy raz słyszą o tej książce. Szkoda.
Gdy tylko zobaczyłam tytuł, wiedziałam, że jest to książka, którą chcę przeczytać i nie pomyliłam się. Znalazłam w niej właśnie to, czego szukałam, czyli bardzo zdrowe podejście do rozwoju dzieci poparte nie poglądami autora (chociaż one tam oczywiście też są), ale wynikami badań i sporym doświadczeniem klinicysty, który nie szuka dziury w całym.
Czy ADHD istnieje?
Autor nie jest szarlatanem, który twierdzi, ze autyzm, czy ADHD nie istnieją, bo to są fakty, którym nie można (w czasach postprawdy wszystko pewnie można, ale zazwyczaj jest to niezgodne z logiką i nauką) zaprzeczyć. Stwierdza jedynie, że są one diagnozowane zdecydowanie zbyt często. Wszelkie dysharmonie rozwojowe, niewielkie opóźnienia, czy nawet zbyt szybki rozwój pewnych kompetencji wkładany jest do jednego worka z poważnymi zaburzeniami. Z tego powodu dzieciaki, które po prostu potrzebują czasu, wsparcia, lepszego jedzenia albo więcej snu "leczone" są środkami psychotropowymi, które na jakiś czas, albo nawet na zawsze zmieniają funkcjonowanie chemiczne ich mózgu. A zwykle dzieje się to po to, żeby rodzicom, kórzy nie mają siły i czasu było łatwiej, albo jeszcze częściej po to, aby zła, przeludniona i niedostosowana do dziecięcych potrzeb szkoła mogła wykonywać swoją powinność.I dzieje się to kosztem dzieci.
Stres to nie ADHD
Bardzo bliskie jest mi nawoływanie autora do po pierwsze - zdrowego rozsądku i traktowania dzieci tak, jakby były dziećmi, a nie maszynami, które trzeba naprawić, gdy funkcjonują niezgodnie z planem (z przeznaczeniem?). Po drugie do dobrej diagnozy - prawda jest taka, że dzieci z prawdziwym zespołem Aspergera, czy ADHD potrzebują ogromnego wsparcia, by mogły się rozwijać na miarę swoich możliwości i zasługują one na dobrą diagnozę i wszelkie środki, które ułatwią im codzienne funkcjonowanie. Równocześnie jednak dzieci, które po prostu są introwertykami, są nieśmiałe, mają pasję, która niezupełnie mieści się w wąskich ramach tego, co uważane jest za normalne, czy po prostu żyją w ogromnym stresie (o który w dzisiejszych czasach naprawdę nie trudno) także zasługują na poprawną diagnozę i adekwatną pomoc. Z tym, że diagnoza w ich przypadku nie powinna polegać na przylepieniu łatki, ale na poszukaniu źródeł problemów i pomocy rodzicom w rozwiązaniu ich. Często to rozwiązanie polega na tym, by pozwolić dziecku rozwijać się na własny sposób i stworzeniu dla niego przestrzeni, przy jednoczesnym nie szczędzeniu wsparcia. Nie polega na tym, by na siłę wkładać wszystkich do jednej foremki i jeżeli do niej nie pasują, amputowania tego, czy tamtego fragmentu umysłu przy pomocy tabletek.
Podsumowując - "To normalne!" jest książką dla wszystkich, którzy się martwią. Jeżeli mają czym znajdą tam jasny przekaz, by szukać pomocy. Jeżeli nie mają - znajdą uspokojenie. Bardzo cenię takie pozycje.
Ale to Ameryka, nas to przecież nie dotyczy!
Jeszcze kilka lat temu może bym się zgodziła, ale teraz już nie. Coraz częściej trafiają do nas dzieci, którym ten, czy ów (nauczyciel, psycholog, lekarz) zalecił udanie się do psychiatry po leki psychotropowe. K był też świadkiem, jak neurolog zapisywała dwulatkowi leki uspokajające. Znam też nastolatki, którym ból duszy leczono lekami, które zamieniały je w zombie, które głównie jedzą i śpią. Niestety książka ta jest potrzebna także tu i to potrzebna coraz bardziej. Także po to, byśmy nie zamienili się pod tym względem w Amerykę.
Gdy tylko zobaczyłam tytuł, wiedziałam, że jest to książka, którą chcę przeczytać i nie pomyliłam się. Znalazłam w niej właśnie to, czego szukałam, czyli bardzo zdrowe podejście do rozwoju dzieci poparte nie poglądami autora (chociaż one tam oczywiście też są), ale wynikami badań i sporym doświadczeniem klinicysty, który nie szuka dziury w całym.
Czy ADHD istnieje?
Autor nie jest szarlatanem, który twierdzi, ze autyzm, czy ADHD nie istnieją, bo to są fakty, którym nie można (w czasach postprawdy wszystko pewnie można, ale zazwyczaj jest to niezgodne z logiką i nauką) zaprzeczyć. Stwierdza jedynie, że są one diagnozowane zdecydowanie zbyt często. Wszelkie dysharmonie rozwojowe, niewielkie opóźnienia, czy nawet zbyt szybki rozwój pewnych kompetencji wkładany jest do jednego worka z poważnymi zaburzeniami. Z tego powodu dzieciaki, które po prostu potrzebują czasu, wsparcia, lepszego jedzenia albo więcej snu "leczone" są środkami psychotropowymi, które na jakiś czas, albo nawet na zawsze zmieniają funkcjonowanie chemiczne ich mózgu. A zwykle dzieje się to po to, żeby rodzicom, kórzy nie mają siły i czasu było łatwiej, albo jeszcze częściej po to, aby zła, przeludniona i niedostosowana do dziecięcych potrzeb szkoła mogła wykonywać swoją powinność.I dzieje się to kosztem dzieci.
Stres to nie ADHD
Bardzo bliskie jest mi nawoływanie autora do po pierwsze - zdrowego rozsądku i traktowania dzieci tak, jakby były dziećmi, a nie maszynami, które trzeba naprawić, gdy funkcjonują niezgodnie z planem (z przeznaczeniem?). Po drugie do dobrej diagnozy - prawda jest taka, że dzieci z prawdziwym zespołem Aspergera, czy ADHD potrzebują ogromnego wsparcia, by mogły się rozwijać na miarę swoich możliwości i zasługują one na dobrą diagnozę i wszelkie środki, które ułatwią im codzienne funkcjonowanie. Równocześnie jednak dzieci, które po prostu są introwertykami, są nieśmiałe, mają pasję, która niezupełnie mieści się w wąskich ramach tego, co uważane jest za normalne, czy po prostu żyją w ogromnym stresie (o który w dzisiejszych czasach naprawdę nie trudno) także zasługują na poprawną diagnozę i adekwatną pomoc. Z tym, że diagnoza w ich przypadku nie powinna polegać na przylepieniu łatki, ale na poszukaniu źródeł problemów i pomocy rodzicom w rozwiązaniu ich. Często to rozwiązanie polega na tym, by pozwolić dziecku rozwijać się na własny sposób i stworzeniu dla niego przestrzeni, przy jednoczesnym nie szczędzeniu wsparcia. Nie polega na tym, by na siłę wkładać wszystkich do jednej foremki i jeżeli do niej nie pasują, amputowania tego, czy tamtego fragmentu umysłu przy pomocy tabletek.
Podsumowując - "To normalne!" jest książką dla wszystkich, którzy się martwią. Jeżeli mają czym znajdą tam jasny przekaz, by szukać pomocy. Jeżeli nie mają - znajdą uspokojenie. Bardzo cenię takie pozycje.
Ale to Ameryka, nas to przecież nie dotyczy!
Jeszcze kilka lat temu może bym się zgodziła, ale teraz już nie. Coraz częściej trafiają do nas dzieci, którym ten, czy ów (nauczyciel, psycholog, lekarz) zalecił udanie się do psychiatry po leki psychotropowe. K był też świadkiem, jak neurolog zapisywała dwulatkowi leki uspokajające. Znam też nastolatki, którym ból duszy leczono lekami, które zamieniały je w zombie, które głównie jedzą i śpią. Niestety książka ta jest potrzebna także tu i to potrzebna coraz bardziej. Także po to, byśmy nie zamienili się pod tym względem w Amerykę.
piątek, 9 grudnia 2016
Pobieranie krwi
Znalazłam nieopublikowany post sprzed kilku miesięcy. Jestem pewna, że aktualny. Niebawem będą nowe.
Nie trzeba jednak chodzić do pracy, żeby znaleźć natchnienie. Niestety. Zwykła wizyta w laboratorium i pobieranie krwi może być źródłem przeżyć, o których napisać po prostu trzeba. Wystarczy, że w takim miejscu pojawia się dziecko.. Zwyczajne, lat około sześciu, może siedmiu z dwojgiem rodziców, którzy z całą pewnością chcą dobrze, przecież gdyby nie kochali i się nie troszczyli to by ich tam nie było. Problem w tym, że dziecko aż się trzęsie ze strachu. Jest po prostu przerażone, na granicy histerii. I nikt, absolutnie nikt nie wie, co z nim zrobić, jak pomóc, jak sprawić, żeby cała ta sytuacja była znośna dla wszystkich zainteresowanych. Bo przecież wszyscy chcą dobrze – i dziecko i rodzice i młodziutka, przesympatyczna laborantka, która naprawdę chciałaby pomóc, ale po prostu nie ma pojęcia co zrobić może. Nikt jej tego nie uczył, nikt z nią o tym nawet nie rozmawiał. Czy ktoś w ogóle szkoli służby medyczne z obchodzenia się z małymi pacjentami? Chyba nie, prawda?
Nie trzeba jednak chodzić do pracy, żeby znaleźć natchnienie. Niestety. Zwykła wizyta w laboratorium i pobieranie krwi może być źródłem przeżyć, o których napisać po prostu trzeba. Wystarczy, że w takim miejscu pojawia się dziecko.. Zwyczajne, lat około sześciu, może siedmiu z dwojgiem rodziców, którzy z całą pewnością chcą dobrze, przecież gdyby nie kochali i się nie troszczyli to by ich tam nie było. Problem w tym, że dziecko aż się trzęsie ze strachu. Jest po prostu przerażone, na granicy histerii. I nikt, absolutnie nikt nie wie, co z nim zrobić, jak pomóc, jak sprawić, żeby cała ta sytuacja była znośna dla wszystkich zainteresowanych. Bo przecież wszyscy chcą dobrze – i dziecko i rodzice i młodziutka, przesympatyczna laborantka, która naprawdę chciałaby pomóc, ale po prostu nie ma pojęcia co zrobić może. Nikt jej tego nie uczył, nikt z nią o tym nawet nie rozmawiał. Czy ktoś w ogóle szkoli służby medyczne z obchodzenia się z małymi pacjentami? Chyba nie, prawda?
A zrobić można
sporo. Po pierwsze dać dziecku czas. Nie prowadzić na siłę za
rękę do gabinetu. Może jak zobaczy, że dwie, czy trzy osoby przed
nim nie wyją z bólu, nie krzyczą, to będzie łatwiej. Może warto
samemu dać sobie pobrać krew? Morfologia raz na jakiś czas nie
zaszkodzi, a dziecko będzie widziało, że rodzic daje radę, nie
boi się i nie mdleje. To może dać trochę uspokojenia, choć nie
musi. Jeżeli jednak rodzic sam się boi, lub źle reaguje na widok
krwi, to lepiej, żeby poszedł rodzic drugi. Bojący się rodzic to
najgorsze, co może dziecko spotkać – zacznie się spirala lęku,
która może skończyć się prawdziwą histerią.
Przed wizytą,
przed zarejestrowaniem porozmawiaj z dzieckiem o tym, co je spotka. O
tym, że czasem boli, nie bardzo ale boli – trochę, jak przy
szczepionce, ale może nawet mniej. Nie mów dziecku, że nie będzie
bolało, bo to nie prawda. Po pierwsze przebijanie skóry igłą
raczej boli, po drugie nigdy nie wiesz, jaki prób bólu ma dziecko,
jaką ma tolerancję i nawet, jeżeli dla Ciebie to jak ugryzienie
komara, to dla dziecka niekoniecznie. Powiedz mu także, że może
się bać. Strach jest naturalny, bo to, co je czeka jest
nieprzyjemne. Powiedz, że może płakać. Płacz to nic złego, gdy
się boimy, a naprawdę lepiej mieć na fotelu płaczące dziecko,
które pozwala sobie wbić igłę, niż takie, które się wyrywa i
robi sobie krzywdę.
Pozwól dziecku
decydować. Często może woleć pobieranie krwi z palca, niż z
żyły. Warto je jednak uprzedzić, że trwa to dłużej i jeżeli
chce mieć to szybko za sobą, to z żyły będzie szybciej. Pozwól
dziecku siedzieć na swoich kolanach i mocno je przy tym tul, chyba,
ze nie chce. Powiedz mu, ze jeżeli chce może odwrócić głowę i
wcale nie patrzeć na to, co się dzieje – ty i Pani laborantka o
wszystko się zatroszczycie.
Nie tłumacz za
wiele, w ogóle nie mów bez przerwy. Nie przywołuj poprzedniego
razu, gdy dziecko nie płakało. Wtedy było wtedy, teraz jest teraz.
Może wtedy miało lepszy dzień, a może nie płakało, bo było tak
przerażone, że nawet płakać nie mogło. Nie odwołuj się do
ustaleń w rodzaju „obiecałeś nie płakać”. Dziecko nie
potrafi sobie wcześniej wyobrazić, co będzie czuło. Samo jest
często zaskoczone swoją reakcją i samo jej nie opanuje. A na pewno
nie zrobi tego pod wpływem racjonalnej argumentacji. Ty tez nie
pozbędziesz się lęku
wysokości/klaustrofobii/arachnofobii/agorafobii czy czegokolwiek
innego (choćby lęku przed osami i szerszeniami) bo jest
nielogiczny. Lęk sam w sobie jest nielogiczny bo pochodzi z
prymitywnych struktur podkorowych i czasem nawet nasz dojrzały mózg
nie potrafi sobie z nim poradzić.
Nie mów o sobie,
ani o innych. Dziecko nie jest gotowe o tym słuchać. Mów o nim, o
tym, że niełatwo pokonać strach i trzeba być naprawdę dzielnym,
by mimo strachu wejść i pozwolić się kłuć. Przypomnij inną
sytuację, gdy dziecko tez się bało, ale udało mu się przełamać
– może była to wizyta u okulisty z zakraplaniem oczu, może u
dentysty? Odwołanie się do przeżyć, w których dziecko stanęło
na wysokości zadania może pomóc mu i teraz znaleźć siłę.
No i na koniec
najtrudniejsze. Rozumiem, ze jest kolejka, rozumiem, że ludzie
patrzą, ale spróbuje głęboko oddychać i się nie denerwować.
Jeżeli ktoś bywał ze swoim dzieckiem w takim miejscu, to zrozumie.
Jeżeli nie, i nie potrafi zrozumieć strachu dziecka, to naprawdę
nie ma sensu się nim przejmować. Jemu nic nie pomoże. Jeżeli ktoś
się śpieszy możecie go po prostu przepuścić. T dziecko w tym
momencie potrzebuje empatii na nim warto się skupić. Dorośli sobie
poradzą.
Podobnie podejść
można do dentysty, fryzjera, czy wszelkich innych miejsc, których
dziecko może się bać i często rzeczywiście się boi. Bo to
normalne, że się boi i ma do tego pełne prawo. My też.
czwartek, 7 kwietnia 2016
Nie ma żadnych "dzieci"!
Czas jakiś pracuję w różnych
instytucjach zajmujących się opieką nad dziećmi i ich edukacją i
jednego jestem pewna. Prawie wszyscy chcą dobrze. Rodzice chcą dla
swoich dzieci jak najlepiej, nauczycielom też często zależy, już
nie mówiąc o dzieciach, które chcą kochać jednych i drugich. A
mimo to jakoś nie zawsze to wychodzi. Przyczyn są pewnie tysiące i
były one odmieniane w wielu publikacjach przez wszystkie przypadki.
To, o czym piszę pewnie też, a mimo to klątwa „dzieci” wciąż
ma się dobrze.
O co mi właściwie chodzi. No właśnie
o „dzieci” - czyli sposób, w jaki nauczyciel zwraca się do
grupy przedszkolnej, czy szkolnej klasy. Pragnąc zwrócić na siebie
uwagę garstki, która nie słucha mówi „dzieci” zwracając się
do wszystkich, czyli do nikogo. Mówiąc o swojej grupie, czy klasie
też często mówi, że ma problem właśnie z grupą, czy klasą.
Klasa jest trudna, w tej klasie trudno się pracuje.
No i pewnie to jest prawda – tą
konkretną klasą może jemu trudno się pracuje, ale takie podejście
niczego nie zmieni, nie ma możliwości naprawy. Dokładnie tak samo,
jak na wołanie „dzieci” odwrócą się ci, którzy słuchają
nauczyciela i którzy nie są akurat zajęci czym innym. Oni nie
usłyszą.
Nie da się „pomóc klasie” to tak
nie działa. Żadne z dzieci nie definiuje siebie jako jedno z
„dzieci”. Każde z nich ma imię i nazwisko, ma rodzinę i swoje
problemy. Im więcej trudności sprawia w klasie tym, z reguły te
problemy niezwiązane ze szkołą są często większe. Żadne
dziecko nie ma celu w postaci „przeszkadzania” w klasie.
Większość z nich chce uwagi nauczyciela, woła o nawiązanie
relacji, o wysłuchanie. Często szkoła stwarza możliwości
domagania się bliskości dorosłego, jakich nie ma w domu. Stwarza
okazję do błagania o to, by zostać wysłuchanym, gdy w domu
dziecko bywa rzadko, a rodzice nie mają czasu, możliwości, siły,
czy kompetencji, by dać bliskość i zainteresowanie, by wysłuchać
dziecka. Jeżeli od rodziców nie da się tego uzyskać, to zostaje
nauczycielka w przedszkolu, czy szkole. No i niezawodny sposób na
uzyskanie jej uwagi „przeszkadzanie”, czy wchodzenie w konflikty.
To dlatego „dzieci uspokójcie się”
nie działa. To dlatego kary nie działają. Nikt nie chce być
traktowany wyłącznie jako element (pasujący lub nie) układanki,
jaką jest klasa. Każdy potrzebuje (właśnie nie tyle chce, co
potrzebuje) być traktowany jako on sam – wyjątkowy. Dzieci, które
dostają to w domu, bez proszenia radzą sobie łatwo, bo im
nauczyciel jako bliska osoba jest o wiele mniej potrzebny. Jeżeli
jednak jest inaczej domagają się tego od dorosłego, który jest w
zasięgu. Dlatego są „trudni”, „niegrzeczni”, „nie
współpracują”, czy „przeszkadzają” chcą być wyróżnieni
choćby poprzez karę.
Jeżeli jednak naszym celem jest
poprawa funkcjonowania całej klasy, musimy skupić się na poprawie
funkcjonowania poszczególnych, pojedynczych dzieci. Na tym, by
poczuły się dobrze, by były ważne, zrozumiane, wysłuchane. One
szczególnie silnie pragną relacji i szczególnie trudno im w nią
wejść, bo w którymś momencie z jakiegoś powodu doznały zawodu.
Tylko, że to wymaga od nauczyciela porzucenia postawy
„pedagogicznej” i zmiany perspektywy. Już nie „dzieci, nie
klasa, nie grupa, ale konkretne jednostki z konkretnymi problemami,
które poprzez zachowanie błagają o wsparcie w rozwiązaniu ich.
Nie jest prawdą, że nie ma na to
czasu. Właśnie, że jest. Patrząc z perspektywy długofalowej
czas, jaki nauczyciel poświęca na uspokajanie „dzieci”, jaki
marnuje powtarzając po piętnaście razy to samo, by „wszyscy”
usłyszeli – to ten sam czas, jaki zajęłoby mu podejście do
konkretnego ucznia i powiedzenie to do niego, porozmawianie z nim
osobiście, z jego poziomu. A nawet jeśli nie, to i tak warto
poświęcić na to więcej czasu, bo gdy relacja będzie nawiązana,
dzieci będą po prostu bardziej gotowe do współpracy, bardziej
chętne do tego, by pracować, uczyć się. Relacja z nauczycielem
oparta na zaufaniu, a nie na walce daje korzyść wszystkim zarówno
dzieciom, które dotąd toczyły z nauczycielem wojny, bo wreszcie
nie muszą, czują się dobrze, wiedzą, że gdy zajdzie potrzeba
zostaną wysłuchane. Nauczycielowi – bo wie, czego może się
spodziewać, wie, że nikt nie jest przeciwko niemu, że jego praca
polega na byciu z, nie przeciw. Ale także pozostałym członkom
grupy, które mogą pracować w spokoju, niewybijane co chwilę z
koncentracji przez nauczyciela strofującego innych uczniów. Oni
także mogą iść do szkoły z wiarą, że ich problemy nie zostaną
ukarane, że mogą zwrócić się z nimi do nauczyciela, który się
nad nimi pochyli.
To się po prostu opłaca wszystkim.
Dlatego warto spróbować. Zamiast stać – ukucnąć, zamiast
krzyczeć do wszystkich – szeptać. Zamiast karać – wysłuchać.
Nawet w dwudziestokilkuosobowej klasie, czy grupie. Nie jest to
łatwe, ale daje efekt lepszy, niż metody pedagogiczne, kary,
nagrody i wszelkie inne formy zewnętrznej motywacji.
poniedziałek, 4 kwietnia 2016
"Zakazane ciało"
„Zakazane ciało” Diane Ducret
czytałam ledwie dwa tygodnie temu. Nie zmierzałam o nim tutaj
pisać, bo to przecież nie na temat zupełnie. No i nagle okazało
się, że jak najbardziej na temat, jak najbardziej jest to lektura
na dziś i wcale nie taka historyczna, jak mogłoby się wydawać.
Książka ma podtytuł ”Historia
męskiej obsesji”, jednak tak naprawdę dałoby się wymyślić
kilka bardziej moim zdaniem adekwatnych, na przykład „historia
męskiej pogardy”, „męskiego lęku”, albo chyba najbardziej na
czasie „męskiej głupoty”. To opowieść o tym, jak bardzo długo
i z jakim trudem kobiety zyskiwały, a nierzadko wywalczały sobie
prawo do tego, żeby po prostu być. Być człowiekiem, czymś
więcej, niż żałosną obudową do macicy, dodatkiem do sromu
(swoją drogą uroczy źródłosłów ma u nas to słowo, prawda –
ten sam, co sromotna klęska), który był jednocześnie pożądany,
obrzydliwy i właściwie gdyby nie to, że wygodniejszy niż ręka,
to właściwie lepiej byłoby, żeby go nie było. Wtedy nie byłoby
zagrożenia, że seks sprawi kobiecie przyjemność, że sama ją
sobie sprawi, że nie dochowa cnoty, którą powinna, a właściwie
musi zachować dla męża.
Najbardziej nieprawdopodobnym w tej
książce jest nie to, że przez ostatnie dwa i pół tysiąca lat
kobieta musiała wstydzić się, że jest kobietą. Że fakt
menstruacji była tak z jednej strony kompromitujący, z drugiej
strony nudny, z trzeciej obrzydliwy, że przez setki lat nikt nie
próbował nawet zainteresować się wynalezieniem czegokolwiek, co
choć trochę ułatwiłoby kobietom życie. Że musiała być uległą
i podległą, że musiała rodzić, bo tak jej kazał mąż, biskup,
papież, czy jakikolwiek inny mężczyzna. Do tego, że przez większą
część historii było naprawdę fatalnie, żeby nie rzec tragicznie
jesteśmy przyzwyczajeni. Wiemy o sufrażystkach, o walce o prawo
głosu itp.
To wszystko jakoś tam funkcjonuje.
Najgorszym moim zdaniem jest fakt, że żadna z wywalczonych rzeczy
nie jest nam tak naprawdę dana na zawsze. Każdy aspekt kobiecej
seksualności musi być na nowo definiowany zgodnie z oczekiwaniami
mężczyzn, musi być przez nich kontrolowany. I nawet, jeżeli
zyskujemy jakieś prawo, to trzeba być czujnym, bo w każdej chwili
możemy je stracić.
Ostatni rozdział książki
zatytułowany jest „Trudna wolność” - autorka- Francuzka pisze
w nim o tym, co kobiety ostatnio zyskały i z czym muszą się
borykać. Nie pisze jednak o tym, że mężczyźni wciąż nie
pogodzili się z tym, że mamy jakiekolwiek prawa. Że trudna
wolność, to nie zawsze wybór środków antykoncepcyjnych, czy
decyzja o posiadaniu dziecka lub nie. Pisze o tym, jak
niejednoznaczna jest wolność, jak rosną oczekiwania w związku z
tym, że każdy mężczyzna widział już wiele „idealnych ciał”.
Nie pisze jednak o tym, że jeżeli choć na chwilę złożymy broń,
to zawsze znajdą się tacy, którzy znajdą milion powodów, żeby
nam to, co wywalczyły nasze przodkinie odebrać. Może nawet jej nie
mieściło się w głowie, że wielu mężczyzn nadal śni o władzy
absolutnej – nad macicą, łonem, prokreacją i cywilizowanym
państwie w środku Europy będą próbowali mówić kobietom, że
rodzić muszą.
To, co budzi nadzieję, to opisy
sukcesów. Pokazują, że kobiety mają w sobie siłę i mogą
walczyć i to walczyć skutecznie nie tylko o swoje prawa, ale także
o pokój i bezpieczeństwo. Tylko musi ich być dużo. Naprawdę
dużo, bo tylko dzięki skoordynowanym działaniom i krzykowi z wielu
gardeł rządzący gotowi są usłyszeć sprzeciw. Tylko wtedy gotowi
są wziąć pod uwagę zdanie i wolę kobiet.
sobota, 2 kwietnia 2016
Po prostu nie
Nie wiem, czy właściwie jest jeszcze
coś do napisania, po tym wszystkim, co dzieje się w Internecie, ale
ja też nie jestem w stanie tego przemilczeć. W kraju, w którym
matki dzieci niepełnosprawnych skazane są na wegetację i
poświęcenie wszystkiego dzieciom, po których śmierci pozostają
tylko z długami, bez środków do życia. W kraju, w którym jako
jednym z niewielu państw w Europie mamy wciąż jeszcze domy
dziecka. W kraju, w którym niby panuje demokracja, a konstytucja
gwarantuje rozdzielność kościoła od państwa księża próbują
nam mówić, że mamy rodzić dzieci, które nie przeżyją poza
macicą tygodnia, dzieci pochodzące z gwałtu, których matki będą nienawidzić, które
będą przez resztę życia przypominały najgorsze chwile – chwile
upokorzenia, wstydu bezsilności. Dzieci, w których twarz będą
patrzyły i widziały swego oprawcę. Zgwałcone trzynastolatki mają
rodzić mimo, że może to być ostatnie dziecko w ich życiu, bo po
prostu ciąża zniszczy nie tylko ich przyszłość, ale też układ
rozrodczy nie mówiąc już o psychice. Właśnie tak ma być. Bo życie blastuli jest ważniejsze od
zdrowia kobiety.
Widzieliście kiedyś macicę przekłutą
drutami do robótek ręcznych? Ja widziałam, na wycieczce w
prosektorium i to nie jest przypadek, że właśnie tam. Wiecie jak to
wygląda? To są dwa druty połączone na środku gumką recepturką,
które wkłada się przez szyjkę macicy złączone, a potem
rozszerza wewnątrz. Przy odrobinie szczęścia (którego nie miały
setki tysięcy kobiet, w tym ta jedna, której macicę miałam okazję
oglądać) może ściana macicy nie zostanie przebita, nie będzie
krwotoku wewnętrznego i śmierci w jego wyniku. Taką kobietę
dałoby się pewnie uratować, ale przecież jeżeli ktokolwiek
zawiadomi pogotowie, ściągnie sobie na głowę policję i też pójdzie siedzieć, więc nie zawiadomi. Czy
naprawdę o to chodzi?
Czy naprawdę koniecznym jest, żeby
kobiety zaczęły popełniać samobójstwa z powodu ciąży? Czy
naprawdę nie będziemy mogły już dowiedzieć się, w jakim stanie
jest dziecko zanim nie ujrzymy na świecie ślicznego różowego
noworodka, albo cierpiącego potworka bez połowy głowy? Czy
naprawdę kobieta po traumie poronienia będzie musiała tłumaczyć
się przed prokuraturą z tego dlaczego poroniła i czy przypadkiem
nie podskoczyła, albo nie podniosła czegoś ciężkiego? Czy za
przewrócenie się na schodach mamy naprawdę iść na 3 lata do
więzienia?
Dla mnie jako kobiety to jest
niebezpieczny absurd. Dla mnie, jako matki trójki, a niedługo
czwórki dzieci jest to absolutnie przerażające. Wizja tego, że
moje dzieci mają wychowywać się jako półsieroty, bo dla kogoś
potencjalny płód rozwijający się w moim jajniku będzie
ważniejszy, niż życie ich matki to już sytuacja z horroru. Wizja
patrzenia na śmieć córki z podobnego powodu w ogóle nie dociera
do mojej wyobraźni.
Nie możemy się na to godzić.
Powinniśmy podjąć każda formę oporu wobec próby sprowadzenia
nas do średniowiecza, wobec stwierdzenia, ze nasze ciało nie należy
do nas, że jest nie ważne. Nie do wiary, że w XXI wieku przychodzi
nam walczyć o elementarną godność. Po kilku latach przerwy znów
kościół mówi nam, że jesteśmy niedokończonymi mężczyznami,
na których sumieniu w żadnym wypadku nie można polegać. Musimy
wyjść na ulice, wszystkie razem z babciami i małymi córeczkami, a
co ważniejsze z ojcami naszymi i naszych dzieci, bo ich też nasze
prawa i nasza śmierć będą dotyczyć.
Mądrzy rodzice
Myślę, że chyba
zorganizuję jakiś plebiscyt na najgorzej przetłumaczony tytuł.
Mam już kilku
kandydatów, a ta książka zdecydowanie jest jednym z
faworytów. Gdybym nie trafiła na tytuł i autora tej książki w
jakiejś innej, której autor się na nią powoływał, czy polecał
to nigdy w życiu bym po nią nie sięgnęła właśnie z powodu
tytułu no i szaty graficznej (czy tak wiele bym straciła to inna
sprawa). Tytuł oryginału to „Science of parenting”, czyli w
dowolnym tłumaczeniu rodzicielstwo oparte na podstawach naukowych.
Może nie brzmi chwytliwie, ale na pewno w większym stopniu oddaje
rzeczywistość. Niestety polski wydawca chyba uznał, że rodzice są
głupi i chcą stać się mądrzy, a nauka kojarzy się po prostu
źle. Smutne.
Miały być peany
Czytając pierwszą
połowę książki byłam w siódmym niebie. Myślałam, że pani
Margot Sunderland wreszcie napisała książkę, którą spokojnie
będę mogła polecić rodzicom małego dziecka. Przystępnie
napisaną, opartą rzeczywiście na podstawach naukowych, w sposób
przystępny opisującą „jak działa dziecko”. Rzeczywiście to
wszystko można tam znaleźć. Pisząc o potrzebach małego dziecka
odwołuje się do rzetelnych badań naukowych, tłumaczy krok po
kroku jakie neurohormony wydzielają się w konkretnych sytuacjach i
jakie są konsekwencje ich działania nie tylko dla zachowania w
danym momencie, ale i dla długofalowego rozwoju. Naprawdę przez
chwilę myślałam, że to pozycja niemal idealna.
Ale nie będzie
Niestety w
pewnym momencie sielanka się skończyła. Stało się to dokładnie w
momencie, gdy autorka zaczęła pisać o dzieciach starszych, a
konkretnie o ich dyscyplinowaniu, przydatności metody time out i
konieczności „kierowania dzieckiem”. Tu dziwnym trafem nauka
zeszła na dalszy plan. Jak w poprzednich rozdziałach wszystko, o
czym pisała było szeroko udokumentowane, poparte eksperymentami
itp. Tak w tym rozdziale jest jakoś bardzo mało przypisów. Żadnych
dowodów na prawdziwość wypisywanych słów. Tam, gdzie zaczyna się
wychowanie starszego, bo kilkuletniego dziecka niestety zaczyna się
ideologia i „krzesełka przemyśleń”. Mimo licznych dowodów
wynikających z doświadczeń psychologii społecznej ukazujących
nieskuteczność, czy nawet szkodliwość promowanych tu metod
autorka postanowiła napisać rozdział zgodny ze swoimi
przekonaniami i niczym więcej. Szkoda.
Kiedy dziecko
cierpi a kiedy jest „małym Neronem”?
Autorka każe nam
rozróżniać sytuacje, w których dziecko domaga się uwagi, bo
cierpi naprawdę (wtedy powinniśmy reagować empatycznie) od
sytuacji, kiedy tylko domaga się uwagi, czy wręcz próbuje nami
rządzić i wtedy musimy być stanowczy, wręcz karzący. Spektrum
rodzicielskich zachowań w tej drugiej sytuacji wahać się powinno
między ignorowaniem a wysłaniem dziecka do swego pokoju. Nie
znalazłam jednak w książce nigdzie jasnej definicji jak właściwie
te zachowania odróżnić, i czym one w ogóle się od siebie różnią
pod względem dziecięcych potrzeb. Moim zdaniem to dwie strony tego
samego medalu. Według niej – nie. Muszę przyznać, że stara się
być wyważona i przestrzega przed nadużywaniem metod takich, jak
time-out, ale to kolejny problem. Jak często oznacza za dużo? Raz
na tydzień? Raz dziennie? Trzy razy dziennie? Tego po prostu kreślić
się nie da i przykładanie pseudonaukowych ram do tego typu metod
wcale im nie pomaga i nie czyni ich bardziej ludzkimi.
Wszystko tylko nie
gniew!
To, co podczas
lektury książki wydało mi się przerażające, to bardzo
jednoznaczny stosunek do gniewu. Jest on całkowicie negatywny.
Zarówno przeżywanie gniewu przez dziecko (zwłaszcza starsze) jak i
przez rodzica jest oceniane jak błąd i coś, co właściwie trzeba
wyplenić. Rodzic musi (tak, to słowo też autorka bardzo lubi) do
niemal wszystkiego podchodzić ze spokojem. W dziecku nie wolno
wzmacniać gniewnych relacji, bo jeszcze (to straszne!) wyrośnie na
gniewnego dorosłego. Ok rozumiem, że gniew nie jest emocją łatwą,
ale może być konstruktywną, a na pewno jest bardzo potrzebną i
powinniśmy ją nie tylko tolerować, ale i uważać, za ważny
sygnał (postaram się napisać w najbliższym czasie notatkę na
temat gniewu). Nie można, jak każe autorka jej tak bezwzględnie
tępić!
Stawiaj granice
Jak w wielu innych
książkach o wychowaniu autorka ma tendencję do napawania się
słowem „granice”. Przy czym niestety nie są to, jak u Jespera
Juula granice innych ludzi. Są to twarde sztywne granice, które
rodzic musi (!) wyznaczyć, żeby dziecko czuło się bezpieczne i
żeby wiedziało, kto tu rządzi. Ono samo może decydować o
rzeczach nieistotnych, bo wtedy mniej się buntuje. Od rodzica w
ochronie tych granic wymaga się oczywiście konsekwencji i
nieograniczonego spokoju. Rodzic ma dziecko przekraczające granice
spokojnie wysłać na krzesełko przemyśleń, na którym z całą
pewnością zagłębi się ono w swoją winę i będzie myślało nad
konsekwencjami swych uczynków. Jakoś sobie nie wyobrażam, by
jakieś dziecko naprawdę miało tendencję do rozmyślania o tym, co
zrobiło w sytuacji wysłania za karę (czy to się tak nazywa, czy
nie) w miejsce odosobnienia. To po prostu tak nie działa.
Brat twoim
wrogiem!
Chyba najbardziej
przerażające fragmenty książki poświęcone są rodzeństwu. Nie
ma w niej właściwie nic na temat pozytywnych relacji między
rodzeństwem, na temat przywiązania, czy wzajemnego wsparcia. Jeżeli
pisze się tu o rodzeństwie to tylko w kontekście zagrożenia.
Wiele można przeczytać o koszmarnych skutkach znęcania się
starszego rodzeństwa nad młodszym. Nie ma nic o tym, jak wtedy
postępować (poza karaniem znęcającego się), jak pomóc
młodszemu, starszemu, jak naprawić całą tą (w moim mniemaniu
rzadką i bardzo patologiczną) sytuację. Jedyne, czego możemy się
na ten temat dowiedzieć, to że powinniśmy „traktować bójki
rodzeństwa bardzo poważnie”. Co to znaczy jednak nie wiadomo.
Coś, czego nie ma
Czytając pierwsza
część książki – tą, która tak mi się podobała, coś mi
zdecydowanie umknęło. Uświadomiłam sobie to dopiero, gdy dotarłam
do końca i trafiłam na znaczący fragment, który zacytuję za
chwile w całości. Cały rozdział o więzi, neurohormonach,
budowaniu relacji udało się autorce napisać nie pisząc słowa na
temat... karmienia piersią. Biorąc pod uwagę, że jest to jedna z
ważniejszych czynności, która w ogromnym stopniu wpływa na
działanie mózgu niemowlęcia i uwalniane neurohormony pomijanie
tego „niewygodnego” tematu uznać trzeba za najzwyczajniej w
świecie nierzetelne. Pewności, że tak właśnie jest dodaje
poniższy cytat. Przepraszam, za rozwlekłość, ale po prostu nie
mogłam się powstrzymać.
„Badania
wykazują, że karmienie piersią jest korzystne dla nastroju matki,
uspokaja bowiem system reakcji na stres w jej mózgu. Kiedy matka
czuje się spokojna i zrelaksowana, lepiej radzi sobie z uspokajaniem
dziecka. Ponadto karmienie piersią dostarcza dziecko ważnych
wielonienasyconych kwasów tłuszczowych, które stymulują w
wyższych ośrodkach mózgowych produkcję mających kluczowe
znaczenie hormonów, a konkretnie dopaminy i serotoniny. Pewne
badania wykazały, że zarówno karmienie piersią, jak i butelką,
gdy trzyma się dziecko blisko siebie, obniż poziom hormonu stresu.
Nie ma istotnej różnicy między tymi dwiema metodami.”
To już właściwie
nie wymaga żadnego komentarza. Ktoś w pełni świadomie pominął
setki faktów natury psychologicznej i czysto fizjologicznej tylko po
to, żeby napisać, że nie ma różnicy między tymi dwoma sposobami
karmienia. Już sam ten fragment całkowicie dyskredytuje w moich
oczach książkę, która w swym założeniu miała przedstawiać
naukowe podejście do rodzicielstwa.
Nie polecę
Strasznie
chciałabym, by była na rynku jedna dobra, łatwa w odbiorze
książka, która w przystępny, lecz naukowy sposób pokazywałaby
co dzieje się z dzieckiem, jakie są mechanizmy jego rozwoju, skąd
z naukowego punktu widzenia biorą się jego zachowania i potrzeby.
Która byłaby napisana w sposób czytelny, a zarazem była w miarę
kompletna. Ta książka bynajmniej taka nie jest. Oprócz nauki
znajdziemy w niej niestety sporo niczym niepopartej ideologii i
naciągania faktów. Nadal nie ma zatem jednej książki, którą
mogłabym polecić rodzicom jako swoisty rzetelny przewodnik. Szkoda.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


